Coraline
[2009]

Pierwsze miejsce - muzyka!
Drugie miejsce - kot!
Trzecie miejsce - przesłanie!
Uroczy twór komputerowy o oklepanej fabule lecz przedstawionej w nieoklepany sposób. I dla tych młodszych, i dla tych starszych. Dla młodszych, by po raz kolejny przypomnieć, że rodzice są tylko jedni i jacy by oni nie byli, zawsze należy ich kochać. A dla starszych, by zachwycić muzyką od samego początku oraz wyrwać na półtorej godziny z rzeczywistości.
Po kolei:
Miejsce pierwsze - Zapewne, gdyby nie muzyka, ten film nie wywarłby na mnie takiego wrażenia. Jest delikatna, magiczna i baśniowa. Pobudza wyobraźnię samą sobą. To film leci w tle, a nie muzyka.
Miejsce drugie - Jaki ten kot ma głos... Bellissima! A oczy? !!! Takiego kota chciałabym mieć! (to zdanie chyba mówi samo za siebie, więc nie będę kontynuować mego zachwytu).
Miejsce trzecie - Przesłanie tego filmu jest zawsze na miejscu. Kochaj rodzica swego, bo nie możesz mieć innego, a jeżeli możesz, to tylko gorszego.
Kiedy na samym początku zobaczyłam ojca Coraliny, powiedziałam do brata - „Będziesz dużo siedział przy komputerze, będziesz taki sam." Dość aktualne pouczenie dla wszystkich fanów ery komputerowej.
Na tym kończę. Co dwie recenzję to nie jedna, ale nie chcę się powtarzać. Polecam ;) Oglądajcie razem ze swoimi pociechami, bo film wcale nie jest straszny i mroczny, bynajmniej ja tak sądzę. ^^

Wesołej resztki przerwy świątecznej,
Aria
Avatar
[2009]
![]()
Dawno już nie widziałam tak dobrego filmu jak ten... I wątpię czy na sali była chociaż jedna osoba, która wyszła z kina niezadowolona. A widownia była doprawy różnorodna, od dzieci po osoby dorosłe.
O czym jest Avatar? Gdy się wchodzi, do kina, można odpowiedzieć na to pytanie niemal szablonowo - fantastyka, kosmici, najnowsze osiągnięcia techniki, starcie z ludźmi... Brzmi znajomo? Owszem. Ale! Kiedy się z kina wychodzi, w kilku słowach nie da się opisać o czym jest ten film. Bo jest on o życiu, o miłości własnej, do bliźniego, do narodu, do obcych, do przyrody, do własnego zawodu, o komunikacji międzykulturowej, o zrozumieniu i o niezrozumieniu także. Opowiada o polityce, zachłanności i głupocie oraz o oddaniu, wyborze i poświęceniu. O tym i o wielu innych rzeczach i nie można oglądać ten film nie widząc tych wszystkich płaszczyzn.
Ale przede wszystkim Avatar jest filmem pięknym. Kolorystyka, obrazy i pejzaże zapierają dech w piersiach. Las w dzień i las nocą. Jego mieszkańcy: owady, zwierzęta, ptaki i rośliny. Wszystko jest niesamowicie piękne, pomysłowe i zachwycające. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.
Sama rasa Na'vi zamieszkująca ten las jest bardzo fascynująca. Od wyglądu, poprzez obyczaje i tradycje, aż po filozofię życiową. Ich kontakt z przyrodą, miłość do niej przedstawiona jest przepięknie. I sposób w jaki się modlą... Kultura Na'vi w ciągu tych kilku godzin została ukazana w całej swej różnobarwności. Jest tak bogata i fascynująca, że aż żal, że film nie powstał na podstawie jakiejś książki, bo rzuciłabym się na nią od razu.
Chyba najbardziej zauroczył mnie sposób, w jaki oni jeżdżą konno. Ale nic dokładnie wam nie powiem, musicie sami ten film obejrzeć.
Odczułam lekki niedosyt jeżeli chodzi o głównego bohatera. Odniosłam takie wrażenie jakby wycięto kawałek filmu i trochę oskubano przeżycia wewnętrzne. Zmiana jaka zaszła w głównych bohaterze, zaszła bardzo szybko i wręcz niezauważalnie. No cóż, film trwał niemal trzy godziny i nie ma co wymagać bardziej szczegółowego opowiedzenia tej historii.
Już dawno nie widziałam filmu o tak wyraźnym i mocnym przesłaniu. Biorąc pod uwagę współczesną politykę światową, Avatar przydałoby się obejrzeć paru osobom stojącym u władzy. Kto wie, może by to coś zmieniło.
I powiem jeszcze tylko to, że jeżeli zamierzacie obejrzeć Avatar, to koniecznie idźcie do kina. Ten film nie da wam tyle oglądany na komputerze. Jego największą zaletą jest świat Pandory, roślinność, zwierzęta, ludzie. Wszystko na tej planecie jest tak piękne, że grzech oglądać to na malutkim ekranie.

Ach, chyba pójdę do kina jeszcze raz...
Aria
Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu

Specjalnie dla naszych wspaniałych czytelników (bo żaden inny blog nie ma tak niesamowitych gości jakimi jesteście Wy!) A&A urządziło uroczysty zjazd w najwspanialszej z możliwych stolic i wysłała swoją specjalnie wyselekcjonowaną reprezentację dwuosobowej organizacji czyli Ariannę i Abigail!
<owacje>
Najmilsi! Jest nam niezmiernie miło poinformować Was, iż „Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu" to przewspaniała komedia dla całej rodziny! Wyborna parodia i przeprzytulaśna komedia romantyczna.
W tym wspaniałym arcyfilmie mamy niepowtarzalną okazję ujrzenia znanego skądinąd Edwarda Cullena w zupełnie nowym świetle. Zagranie jego ohydnej klatki piersiowej, na którą najwyraźniej nie działa środek na porost włosów, a samotne cebulki kołyszą się na wietrze niczym pola kukurydzy na bezludnych obszarach, jest nie lada wyczynem. Scena z tym rekwizytem skutecznie odebrała Ariannie apetyt na cały najbliższy tydzień (<Abi>mniejsza o to, że scena z Dżejkobem go przywróciła). Pod koniec filmu reżyser najwyraźniej zauważył ten drobny defekt i pozwolił użyczyć mu gustownego czerwonego szlafroku. Jednak odtwórca roli naszego nieapetycznego wampira najwyraźniej nie zrozumiał tej delikatnej aluzji i zakładając kieckę pozostawił swoją pół łysą klatę na wierzchu, co tym razem skutecznie odebrało apetyt Abigail (<w lewym dolnym rogu ekranu pojawia się Aria> a miałyśmy iść na sushi!) i niestety wtedy nawet klata Dżejkobcia nic już tu nie mogła pomóc (sushi!!! <Aria wyje>). Aż dziw, iż Volturi widząc Edzia w piżamie nie rozczulili się i nie poczęstowali go poranną kawką, najnowszą gazetką i nie użyczyli swoich kapci, jak na gościnne wampiry przystało. Ale najwyraźniej w ramach rekompensaty postanowili urządzić Eduardowi poranną gimnastykę z elementami rozciągania i walenia o posadzkę. Ze wspomnianej sceny wnosimy, iż ostatnim krzykiem mody jest dziś prostowanie kręgosłupa o marmurowe schody, koniecznie spróbujcie! Firma Fitness Volturi zaprasza w każdy czwartek i sobotę za jedyne 9,99 litra Twojej krwi! (+ VAT, sorry Winnetou ;P).
Grzechem byłoby pominąć w recenzji naszą drętwą, kukłowatą, tępooką Bellę-o-Wiecznie-Rozdziawionej-Gębie. Wspomniałyśmy? Wspomniałyśmy!
Przejdźmy zatem do klaty klaty Dżejkoba (tu następuje wiele różnorakich epitetów na temat męskiej urody na obszarze od obojczyka po gumę do gaci [pytanie konkursowe - w jakie wzorki są gatki Dżejkusia? Wygraną jest niezapomniana kolacja z A&A, na którą rzecz jasna zapomnimy przyjść]).
O klato moja miła! Tyś mnie do snu tuliła....! (<Aria> Abi, przestań śpiewać! <Abi zamyka się w sobie>)
Ekhem, ekhem... A więc Jakob... Jakobik... Jakusi... Jakob Jędrna Klata... (<Abi nie wytrzymuje> Aria, przymknij się) Yyyy... (<Aria unosi brew> No co?) I hop! Po jednym zwinnym skoku okazuje się, że mamy dwa w jednym - i klatę, i wilka! (<Abi> fetysz Arii...) ... (<Aria> nie klata! Wilk!).
Schodząc na ziemię (<Aria> Abi! Nie ciągnij za sobą tej klaty!), chciałybyśmy również podziękować wszystkim koncernom handlującymi hormonami, dzięki którym Dżejkuś został Jacobem Jędrną Klatą, jak również naszej wspaniałej widowni, która bawiła się nie gorzej od A&A płacząc ze śmiechu nad szlafroczkiem Edzia, lukrową wizją przemienionej Belli oraz rozkosznym zakończeniem. Z pewnością zamysłem twórców było rozczulenie widowni do łez gdy Edward wypowiadał słowa, które chce usłyszeć każda różowa nastolata - „Wyjdź za mnie!". Niestety w tym momencie widownia ryknęła śmiechem, a A&A sturlało się ze schodów.
Nie jesteśmy do końca pewne czy przypadkiem nie miała to być parodia mulastego literacko bestselleru „Księżyc w nowiu"... w zadumę wprawia nas zaliczanie tej uroczej komedyjki do gatunku horroru... ale grunt to dobra zabawa i miękki szlafrok!
Dlatego też jeżeli Ci smutno, jeżeli czujesz się opuszczony, wykorzystany przez los, brak w Twoim życiu uśmiechu i zwykłej dziecięcej radości - ten jest film dla Ciebie! Wybierz się do kina już teraz! Szlafrok i klata czekają na Ciebie! Jeżeli skorzystasz z naszej oferty i podniesiesz swój zadek by ruszyć do kina w ciągu najbliższych pięciu minut otrzymasz gratis (zupełnie za darmo!) zezowate spojrzenie Belli!
Długo by jeszcze mówić (<Abi> I wcale nie o Żejkobie, Arianno <Aria - słodkie oczka> No co?). Dość, iż A&A podejrzewa wilkołaki o pedalstwo, Bellę o lesbijstwo, a Edwarda o brak kasy na depilator. Życzymy udanego seansu i koniecznie podziel się z nami swoimi wrażeniami!
Na żywo z Forks, A&A.

PS Edward na Madagaskar!
Upiór w operze
[2004]

„Where all your fantasies, you always knew
That man and mystery lay both in you..."
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze chodziłam do liceum, klasyfikowałam się do grupy nastolatek, a po ziemi chodziły dinozaury, pani na lekcji muzyki pokazała nam film „Upiór w operze". Od tamtego czasu jest to jedno z moich ukochanych dzieł światowego kina. Dzięki niemu po raz pierwszy pomyślałam, że kobiety to idiotki ^^ No ale po kolei.
O czym jest film chyba każdy wie. Jest to tak znany musical, że nawet bez oglądania go, każdy posiada minimalną wiedzę na temat jego fabuły, także streszczenia pisać tu nie będę. Zacznę od razu od chwalenia.
Muzyka i śpiew - Nie do porównania. Muzyka stanowczo odgrywa tu główną rolę. A śpiew jest tak piękny, że serce ściska się z żalu, gdy film się kończy.
Po chwili, gdy widz po raz pierwszy słyszy śpiew samego Upiora, wszystkie inne partie przegrywają. Przynajmniej tak było u mnie.
http://www.youtube.com/watch?v=Ej1zMxbhOO0&NR=1 - moje ukochane...
Scenografia - Ten film jest po prostu piękny. Ciężko mi dobrać inne określenia. Miejsca są tak trafnie skomponowane z muzyką, że czasami brak epitetów, by wyrazić zachwyt.
Powstają tu nie tylko sceny, a wręcz całe obrazy. Wielkie, jaskrawe i wyraziste. Chwila, gdy upiór płynie wraz z Christine w łódce (peleryna, pochodnia, maska, śpiew.. ach...), lub gdy Christine idzie przez cmentarz. Tego nie da się opisać ani wyrazić słowami. Jest wszystko tak niesamowicie piękne, że można jedynie oglądać.
Całe przesłanie filmu budzi we mnie strach za każdym razem, gdy go oglądam. Zamiast piękna, Bóg ofiarował ogromny talent. A mimo to świat owego talentu nie zrozumiał. Można by powiedzieć, że człowiek, który idzie do celu po trupach, nie zasługuje szczęścia. Jednak jeżeli spojrzeć na jego dzieciństwo i na to, jak go traktowano, to nic dziwnego, że ludzkie życie jest dla niego niczym. Przecież ludzie od zawsze traktowali go jako „nic", więc czemuż sam Upiór powinien traktować świat inaczej?
Możliwe, że wydam wam się okrutna i antychrześcijańska, jednak dla mnie Upiór jest postacią tragiczną i to, że z taką łatwością odbiera ludziom życie, budzi we mnie jedynie żal. Potrafię go zrozumieć i nie umiem zrozumieć kobiety, która go odrzuciła...
Christine... Jest jedyną wadą tego filmu. Aktorka tylko o jednym wyrazie twarzy. Kompletnie nie potrafiła grać. Do samego końca nie wiedziałam kogo wybierze, bo i na Upióra i na Raoula patrzyła w identyczny sposób, a ta jej mina zranionej sarny doprowadzała mnie czasami do białej gorączki.
Jako postać jest jeszcze gorsza. Jak można odrzucić Upiora? Jak?! To się nie mieści w moim romantycznym, melancholijnym móżdżku. Czemu tak niesamowici mężczyźni zakochują się w takich umysłowych blondynach? Halo! Przecież są na świecie kobiety, które potrafią docenić tak ogromny talent i piękne wnętrze <strzałeczki na Arię>
[W tej chwili w wyobraźni czytelników powinna pojawić się scena ze Shreka, w której Osioł podskakuje ponad tłum i krzyczy: „Ja! Ja! Wybierz mnie!" xD]
Ale wracając do poważnych tematów... Raoul... Losie! Nie dość, że nie wybrała Upiora, to zamieniła go na jakiegoś pedałowatego panusia o niegustownej fryzurze. Jeżeli już zapuszczasz włosy, kolego, to zapuszczaj je jakoś umiejętnie, a nie... Raoul - marzenie kosiarki.
W sumie są siebie warci... Mam na myśli Raoula i Christine, a nie Raoula i kosiarkę :P
Na wielkie, bardzo wielkie i koniecznie na stojąco, brawa zasługuje postać Upiora. W białej masce i pelerynie wyglądał tak majestatycznie, groźnie i gotycko... Idealna postać. Idealny mężczyzna. Idealny głos. Dlaczego wszyscy nie mogą być tacy, jak Upiór?
"Upiór w operze" jest niczym bajka o Pięknej i Bestii, gdzie Piękna wcale nie była wrażliwą dziewczynką, która pokochała wnętrze, a nie wygląd. Chociaż można by przypuszczać, że Christine próbowała szczęścia całując Upióra. Pewnie myślała tak: „Ja go pocałuje, jak zmieni się w księcia, to wybiorę go, a jak nie, to Raoulcia". I co? I nie było fajerwerków. Upiór został takim, jakim był.
A swoją drogą, scena pocałunku była przepiękna... Już zaczęłam marzyć, że zostaną ze sobą. Ale to nie bajka na dobranoc, gdzie sprawiedliwość zawsze zwycięża. Nie ma smoków, nie ma bajki.
Ostatnia scena, a raczej ostatni kadr - piękny. Wręcz doskonały.
Róże przewiązane czarna wstążeczką i pojawiające się przez cały film, są jednym z najbardziej genialnych pomysłów reżysera. I dzięki nim ostatni kadr wyszedł mistrzowsko.
W bajki wierzy się tylko będąc dzieckiem. W dorosłym życiu żaby nie zmieniają się w pięknych młodzieńców, oszpeceni ludzie zawsze są gorsi od innych, a piękne panie wybierają tłuste portfele, a nie piękne dusze.
Czy naprawdę w prawdziwym życiu Piękna nie pokochałaby Bestii?

Aria
NARZECZONY MIMO WOLI

Wstyd się przyznać, ale tak - z własnej i nieprzymuszonej woli obejrzałam komedię romantyczną. To plama na moim honorze, ale wypierze się. Tak się jednak złożyło, że akurat tak jakoś wyjątkowo byłam ciekawa jaki jest i akurat nawinął się pod rękę. A oto jaki właśnie jest.

Cała bajka polega na tym, że mamy wyjątkowo wredną wiedźmę Margaret Tate o aparycji słodkiej, zgrabniutkiej i uroczej Sandry Bullock, która jest na swoje nieszczęście Kanadyjką z wizą która jej właśnie wygasła, a bardzo nie chce tracić swojej posady redaktora w amerykańskim wydawnictwie książek. Ma ona swojego mniej lub bardziej wiernego księcia Andrew (słodkie małe oczka Ryana Reynoldsa), oficjalnie nazywanego asystentem, który tak jak cała reszta personelu redakcji jej nie znosi, nawiasem mówiąc, nie bez powodu. Intryga zostaje zawiązana w momencie, kiedy Margaret staje przez niezwykle wprost realną wizją deportacji i w godny podziwu sposób postanawia wydać się za nienawidzącego ją podwładnego. Aruś, wyszłabyś za mąż w zamian za obietnicę wydania swojej książki w 20 tys. egzemplarzy, uniknięcie stracenia roboty, awans i obietnicę szybkiego rozwodu? Hyh, ja tak. Andrew też. „A co, czekasz na kogoś specjalnego?" I akcja się toczy. Nienawidzę oglądać filmów których zakończenie znam od kiedy tylko usłyszę tytuł. Miałam przynajmniej cichą nadzieję, że pokażą ślub, a kiedy tego, łajzy jedne, nie zrobili to pozostało mi tylko wstać łkając i zawodząc „gdzie jest mój ślub? Mamo, chcę ślub!". Tak, tak, wprost uwielbiam śluby (a przynajmniej dopóki żaden z nich nie jest mój).

Niestety nie mam porównania w kwestii komedii romantycznych, bo nie znam tych filmów, ale wydaje mi się, że mogłabym posunąć się do stwierdzenia, że ta była całkiem niezła jak na komedię romantyczną. A z pewnością mogę powiedzieć, że była tysiąc razy lepsza od tych wszystkich polskich romansideł jakie miałam nieszczęście kiedyś obejrzeć. Nie żebym tu jakoś promowała kulturę amerykańską, ale wiecie no... Generalnie z kina wyszłam szalenie zadowolona. Recepta na taki stan rzeczy? Oglądać ten film późnym wieczorem, po dniu pełnym czarnych myśli i nerwów, kiedy nawet zakup ślicznej i potwornie drogiej sukienki tylko dodatkowo cię dołuje (dla facetów zaznaczam, że coś takiego świadczy zazwyczaj o krańcowym wyczerpaniu emocjonalnym bądź myślowym) i nie oczekiwać niczego wielkiego czy ambitnego. Sukces mniej lub bardziej gwarantowany (UWAGA, recepta nieautoryzowana, firma nie zwraca pieniędzy).

Przechodząc do tematu natury filmu. Zaskoczyło mnie, ale to naprawdę jest KOMEDIA, na szczęście romantyczna tylko na samej końcówce, bez żadnych lukrowanych koronek, cukierków i tym podobnych fascynujący atrakcji w trakcie, jakie zwykło się dorzucać do tego rodzajów filmu. Nie ma tu jakiegoś wyszukanego, intelektualnego żartu. Zwyczajny, stary, dobry sarkazm i parę przesłodkich potknięć bohaterów, ogólnie rzecz biorąc nieźle poprawiających humor. Nie obeszło się bez drobnej sztuczności, naciągnięć i nadmiernej wrażliwości. Ale jestem gotowa spisać je na błędy przy pracy i przymknąć nie oko. Reynolds zagrał naturalnie i nawet udało mu się wykreować tego „cudownego faceta" o jakiego się go w filmie posądza. Aż zdziwiona byłam. Ale zachodzę w głowę czy przypadkiem zwyczajnie nie udobruchał mnie, krytycznie nastawionego widza, tymi cudownymi sarkastycznymi wrzutami jakie serwował swojej zaiste ukochanej. Bo ja od kilku dni kocham sarkazm ze zdwojoną siłą. A czemu tak, wyjaśnię w którejś z najbliższych recenzji książek.

Hyh, się rozpisałam, choć to tylko sam początek. Można by się tu jeszcze długo rozwodzić nad tym jaki to też rozmiar może nosić Sandra Bullock, czy orzeł może porwać psa, czy zakończenie było kiczowate znośnie, czy było naprawdę beznadziejne i kto jest za tym, że Margaret powinna była na mecie zachować się tak jak się zachowała czy raczej powinna pozostać twardą feministką do końca. Trudno, przejdźmy do podsumowania: polecam dla umysłów rządnych błahej rozrywki po dniu pełnym stresu przed egzaminem i prób do niego nauki. Dziękuję za lekturę, do następnego zobaczenia! I „tylko nie dziecioroba!".
Abi
Obitajemyj ostrov: Shvatka
(Przenicowany świat: Starcie)
[2009]

Musisz zrobić dobro ze zła, ponieważ nie ma niczego innego, z czego go można zrobić...
Losie... Obejrzałam z zapartym tchem. Część druga jest stanowczo lepsza od pierwszej. To najwspanialsza wizja antyutopii jaką widziałam!
Genialne!
A jak trafnie ukazana mentalność rosyjska. Despotyzm i ja-wiem-lepiej jest tak trafne, że aż ma się czasem wyrzuty sumienia z powodu swej narodowości. Aż muszę książkę przeczytać.
No ale po kolei:
Muzyka - nie zrobiła wrażenia. Zgubiła się wśród kolorów. Nie lubię kiedy muzyka w filmie się gubi. Minus.
Aktorzy - filmowy Maksim już nie był aż taki denerwujący. Albo się przyzwyczaiłam, albo rozczochrali mu włosy, pobrudzili twarz i wyglądał bardziej jak rosyjski Ivan Carewicz niż jak chłopak z Hawajów. Reszta aktorów prawie dała ciała. Moi mistrzowie dostali marne rólki i chyba napiszę do reżysera skargę. Ale dobrze zagrał Strannik. O tak, on mi się spodobał. Taki mały despota. Takich lubię :P Nie wiem jak go nazwą w polskiej wersji. Wędrowiec? Pielgrzym? W każdym bądź razie to ten, którego się wszyscy boją i który jest na końcu :P No i na plakacie. Plus.
Waki - kolejny film (zaraz po Matrixie), który będę wielbić za sceny walki. A szczególnie za walkę końcową. Jak skończę pisać recenzję, to sobie to jeszcze raz obejrzę ;] Trzy plusy xD

Ogólnie polecam. Druga część cudowna, ale żeby obejrzeć drugą, trzeba przebrnąć przez pierwszą. No ale wierzę w was. Ach, jeszcze coś... Z tego, co wiedzę, do drugiej części nie ma polskich napisów, ale podobno się tłumaczą, więc można się spodziewać w najbliższym czasie. Ściągnąć film można tu - klik

Aria
Obitajemyj ostrov
(Przenicowany świat)
[2008]

Rok 2157, rozkwit ludzkości. Ludzie, uzbrojeni w Wielką teorię wychowania, zapomnieli o wojnach, głodzie i terroryzmie. Odrodziła się przyroda. Przełom w medycynie uchronił ludzi od chorób pozwolił wykorzystywać ukryte zasoby ich organizmu. Mieszkańcy Ziemi kolonizują odległe planety. Wyrosły nowe pokolenia, dla których otwarty zwiad w odległym kosmosie, jest chlebem powszednim.
Oglądając ten film, czułam zapach Gwiezdnych wojen. Podobne klimaty, ale Gwiezdne wojny i tak lepsze :P
Z początku odrzucił mnie wygląd głównego bohatera. Na kilometr odrzucił. Blondyn, niebieskie oczka, opalony, silny, mądry, sprytny, brakuje mu tylko lukru, który będzie po nim spływać. Aż mdli. No ale potem jakoś się przyzwyczaiłam. Patrzyłam tylko jednym okiem, albo w ogóle starałam się na niego uwagi nie zwracać.
![]()
Natomiast radzę zwrócić uwagę na dwóch innych aktorów. Yuri Kutsenko - czyli filmowy Wepr (po raz kolejny przepraszam za ewentualny błąd w imionach, oglądałam po rosyjsku, więc...). Może w filmie nie odegrał wielkiej roli, ale sposób w jaki to zrobił jest jednak świetny. Widziałam Kutsenko w wielu filmach i w Zamieszkałej wyspie też pokazał klasę.

Sergei Garmash - Zef. Ach, mój mistrzu! Tego aktora kocham, szanuję i podziwiam. Tak jak gra on, nie gra nikt. On potrafi zmusić człowieka do płaczu samą mimiką twarzy. W tym filmie też niestety nie dostał zbyt wielkiej roli, no ale trzeba cieszyć się tym, co się ma.

Ogólnie cóż... Na kolana mnie film nie rzucił. Ot zwykła historia o świecie opętanym zagładą i o przybyszu skądś tam, który może to zmienić. Historia jakich wiele. Ale mimo to przyjemnie się oglądało.
Jeżeli ktoś się skusi, to zwróćcie uwagę na motyw wież w tym filmie. A gdyby takie coś było u nas, na ziemi? Hm? Strach się bać, co? ^^
Na kolana nie rzucił, ale też nie odrzucił. Spędziłam przy tym filmie przyjemne dwie godziny i z przyjemnością teraz piszę wam jego recenzję. Obejrzeć warto choćby ze względu, że jest to film produkcji rosyjskiej, a jakość ma hollywoodzką. Chociaż zbyt jaskrawy jak dla mnie, ale ta jaskrawość to sprawka tego blondyna. Fu! Po tym filmie definitywnie nie lubię blondynów!
Także przymknijcie oko na filmowego Maksima i oglądajcie na zdrowie. A ściągnąć z polskimi napisami film można tu -> klik
- Maksim, gdzie jesteś? Maksim!
- Cześć, babciu.
- Mam pytanie. Rozmyśliłeś się skończyć studia? Cztery lata nauki, kotu pod ogon.
- Dlaczego miałem się rozmyślić? Wrócę za kilka dni.
- Ile razy to mówiłeś? Uważam, że się zapominasz. Masz 20 lat, czy 12?
- W wieku 12 lat, ludzie nie zajmują się otwartym zwiadem.
- W wieku 20 lat, już się tym nie zajmują. To nie jest zajęcie dla poważnego człowieka. Niedługo sesja, zawalisz wszystko.
xD
Aria
Matrix
[1999]
Martix Reaktywacja
[2003]
Matrix Rewolucje
[2003]

Wychodząc z założenia, że lepiej późno niż wcale, w końcu sięgnęłam po trylogię Matrix'a. Pierwszą część oglądałam parę lat temu, po czym na kilka tygodni popadłam w zadumę, że tak to nazwę.
O czym ten film opowiada, mówić nie będę, bo z pewnością wszyscy go oglądali, a przynajmniej pierwszą część. Tylko ja jestem taka opóźniona ^^
Przejdźmy od razu do rzeczy...
Przesłanie - o tak, to spodobało się mi najbardziej. Nikt nie jest w stanie udowodnić, czy rzeczywistość wokół nas jest prawdziwa, czy też nie. Wszystko może być iluzją, a my nigdy nie dowiemy się o tym. Czy jednak owa iluzja nie jest także życiem? Czy ludzie w Matrix'e nie kochali, nienawidzili, cierpieli, odczuwali szczęście? Przecież żyli. Owszem, w iluzji, będąc bateriami dla maszyn, które sami stworzyli. Ale jednak żyli.
Uważajmy na to, co tworzymy. Każdy czym ma swoje konsekwencje, a każdy krok posuwa nas czy to w przód, czy też do tyłu. Zastanawiam się czasem dokąd zmierza świat. Mamy już broń jądrową, niemal potrafimy klonować człowieka i już niedługo będziemy mogli sami dokonywać zmian w genach. I co dalej? Bawimy się w Boga? Z takimi małymi mózgami próbujemy się bawić w Twórcę. Matrix idealnie pokazał dokąd taka zabawa prowadzi.
Wybór dwóch pigułek jest moją ulubioną sceną. Oczywiście nie Matrix pierwszy zaprezentował ten motyw. Pełno go choćby w rosyjskich bajkach.
Te pigułki dają do myślenia. A gdyby Neo wybrał niebieską? Obudziłby się w swoim łóżku, nie odkryłby Matrix'a, a reżyserowie nie zarobiliby kupy kasy. Człowiek tak już ma, że ciekawość zwycięża. Ja też bym wzięła czerwoną, a wy? :)

A skoro już jesteśmy przy Neo. Keanu Reeves cudny jest ^^ Mężczyzna idealny, oczywiście jeżeli chodzi o wygląd. Czy ktoś oglądał „Adwokata diabła"? Wg mnie mistrzowsko z Keanciem w roli głównej.
Ale wróćmy do Matrix'a. Oczywiście wszyscy zagrali tu znakomicie. Najbardziej mi się spodobało to, że na rolę Trinity wzięli normalną kobietę, a nie jakąś farbowaną blondynę.

Sceny walki były wgniatające w ziemię. Parę razy w czasie oglądania cofałam i oglądałam je na nowo. Zwolnione tempo, powiewające szaty (czy Neo ganiał po Matrix'ie w sutannie? 0o) i idealne ruchy. Mmm...

Zakończenie całej trylogii też było dobre i dość niespodziewane. Czekałam na wielkie zwycięstwo nad maszynami, a tu o! Daje do myślenia, naprawdę daje. Nie będę tu tego tematu rozwijać, bo może ktoś nie oglądał. Choć nie chce mi się wierzyć, że ktoś jest bardziej opóźniony niż ja :P
Podsumowując, film świetny. Jednak ja bym była za tym, by poprzestano na pierwszej części trylogii. Matrix był naprawdę świetny, film wręcz doskonały. Jednak Matrix Reaktywacja i Matrix Rewolucje lekko nadszarpnęły cały efekt. Ludzie mają własną wyobraźnie i by sobie dopowiedzieli. Także dla mnie w zupełności wystarczyła pierwsza część. Poza tym oglądałam ją będąc na pierwszym roku, kiedy przeżywałam zachwyt filozofią i dzięki temu odkryłam w Matrix'ie elementy solipsyzmu. Nic nowego bracia Wachowscy nam nie pokazali.
Film polecam tym, którzy go nie oglądali, oraz tym, którzy pierwszą część obejrzeli dawno, dawno temu. Matrix należy do tego rodzaju filmów, do których przyjemnie się wraca i ogląda po kilka razy.
No i na koniec Neoncio one more time:

Aria
MADAGASKAR 2

To co Abuszki lubią najbardziej – zero powagi w podejściu do życia i jego problemów. Cały, absolutnie, cały film jest w całkowitości prześmiewczy, nawet w najtragiczniejszych momentach. Żyć nie umierać. Zdecydowanie przebija jedynkę... a muzyka! Tańczy się na fotelu. Absolutnie świetna baja, dla każdego. Serdecznie, serdecznie polecam. Nie dla ponuraków i filozofów, ale dla przygnebionych czemu nie. Bohaterzy zpupełniue zlawają wszelkie problemy i wychodzi im na dobre. W sumie jak tak się przyjrzeć życiu to czy my sami nie za bardzo dramatyzujemy nad niektórymi rzeczami? My rozpaczamy, życie toczy sie dalej a potem okazuje się, że nie było co płakać tylko wykonać swoje obowiązki i dziękować Bogu za życie. Nie ma co wiecej sie rozwodzić - świetny film. A pingwiny przeszły same siebie.
Abi
Koralina i tajemnicze drzwi 3D

Napiszę tylko o tym jakie wrażenie zrobił na mnie film, treść i książkę odkładając chwilowo na bok.
Generalnie dwa punkty.
Raz: KOT.
Dwa: MUZYKA.
I kolejno.
1. Dokładnie taki jak powinien być – inteligentny, gadający, z jedenastym zmysłem (tak Moi Drodzy, zmysłów mamy dziesięć a nie sześć), rozsądny, tajemniczy, niezwykły. Czarny. I piękny. Wszystkie koty są piękne, a czarne już najbardziej. Nawet jeśli trochę skundlone i niewyczesane, ale za to znikające za pniami drzew. Bardzo dobrze oddany.
2. Urzekła i oczarowała mnie najbardziej, pięknie dopasowana. Od pierwszych scen wprowadza w nastrój i wdraża w akcję. Kiedy trzeba - cisza, kiedy trzeba budzi obawę, zabiera obawę, rozbawia, albo jest delikatną usypiajką wymieszaną z dźwiękiem pozytywki.
Film budzi w człowieku najgłębsze dziecięce uczucia, o ile je oczywiście jeszcze posiadamy. Jako, że ma być straszny - najbardziej rozbudowane są efekty dotyczące grozy i strachu. W moim przypadku twórcom się udało, w niektórych chwilach miałam szczerą ochotę schować się pod kołdrę, która niestety została w domu wraz z, co gorsza, misiem. Czysto dziecięca obawa, jaką pamiętam z czasów kiedy bałam się ciemności, ognia i czarownic wkradła się cicho, delikatnie falując emocjami. Od samego początku po sam koniec i jeszcze trochę, człowieka ogarnia delikatny, ale nachalny lęk, mimo że to zwyczajna bajka w której wiadomo, że wszystko będzie OK.
Film z atmosferą, ale tylko dla ludzki którzy nie patrzą na świat jedynie racjonalnym czy technicznym wzrokiem i idą do kina, po to żeby wyłapać błędy i niedoskonałości w animacji, których akurat nie brakowało. Pierwszy raz byłam na seansie filmu trójwymiarowego. Nie spodziewałam się fajerwerków i z jednej strony się nie pomyliłam - bardzo to trywialne, jak w ruchomych obrazkach dla dzieci dodawanymi do płatków kukurydzianych. Oczy, nos i głowa po pół godzinie z okularami zaczynają pobolewać, żeby na koniec filmu dawać się już całkiem głośno we znaki, co jednak bynajmniej nie znaczy, że ma się dość oglądania. W niektórych momentach jednak było naprawdę efektownie i inaczej. Kiedy później obejrzałam urywki filmu w zwyczajnym widoku zdecydowanie było mniej ciekawie.
Ujął mnie morał podany na samym początku filmu a zamknięty w postaci ojca Koraliny, pogarbionego okularnika z ziemistą cerą - „oto jak będziesz wyglądał jeśli przedobrzysz z czasem spędzanym przed komputerem”; bądź też – „jeśli nie oderwiesz gał od laptopa przegapisz w życiu mnóstwo ważnych rzeczy”.
Atmosfera filmu tak samo jak kot - najwyższej klasy.
A, żeby nie było, że tak sobie pusto gadam, link do mojego ulubionego utworu z filmu:
http://www.youtube.com/watch?v=XnIUVHtLC08
Ach...
Abi

Efekt motyla 2
(The Butterfly Effect 2)
2006
Myślę, że większość z was widziała Efekt motyla. Jest to jeden z filmów obowiązkowych, jakie w życiu należy obejrzeć. Jeżeli jednak jest ktoś, kto go nie widział, to niech szybciutko leci i nadrabia zaległości, a potem wraca do nas.
Cóż mogę powiedzieć. Spodziewałam się czegoś podobnego do pierwszej części, która swego czasu rzuciła mnie na kolana. Zawiodłam się.
Historia jest podobna. Czwórka przyjaciół, urodziny, świętują na łonie natury. Wracają samochodem do miasta i... Przeżywa tylko jeden z nich. I oczywiście to on ma dar (bądź przekleństwo) zmieniać przeszłość. Wszystko jest analogicznie do pierwszej części. Jednak poziom strasznie kuleje.
Niemal poczułam się obrażona, że twórcy Efektu motyla próbują mi wcisnąć coś takiego. W 100% przewidywalne, zbyt wulgarne (momentami przypomina film porno) i zakończenie zupełnie nie zaskakuje.
Podsumowując, nie polecam. Nic nie stracicie, jak nie obejrzycie tego filmu. No chyba że ktoś jest wielkim fanem Efektu motyla. Jednak drugą część uwazam wręcz za obelgę. Przymierzam się powoli do trzeciej, jednak już się obawiam i zadaje sobie pytanie - czy będzie jeszcze gorzej?
Miłego wieczoru :)
Aria
sobota, 20 marca 2010
Licznik odwiedzin: 32400
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

"Bo A&A jest utkane z optymizmu i kolorów barwnej rzeczywistości!"
Zapraszamy serdecznie do korespondencji z nami:
abi.aria@wp.pl
gg Abi - 8016528
gg Arii - 3274919