Haruki Murakami
Wszystkie boże dzieci tańczą

„Nasze serca nie są z kamienia. Kamienie mogą kiedyś rozsypać się w proch. Mogą stracić kształt. Ale serca się nie rozsypują. Są pozbawione kształtu, możemy je sobie wiecznie przekazywać, czy są dobre czy złe."*
Wszystkie boże dzieci tańczą, to zbiór sześciu opowiadań. I jak to opowiadania - jedno lepsze, drugie gorsze. Moim zdaniem Murakami lepiej wychodzi dłuższa forma. Ale ten zbiór opowiadań też ładnie wyszedł i wybronił się ze stereotypu, że takie zbiorki nie są raczej wciągające.
„Jeżeli będzie pani traciła zbyt wiele sił na życie, nie uda się pani spokojnie umrzeć. Musi pani po trochu zmienić bieg. Trzeba żyć i umieć umrzeć - to rzeczy w pewnym sensie równorzędne"**
Wszystkie opowiadania są powiązane ze sobą pewnym wspólnym wydarzeniem. Jakim? Przeczytacie, to się dowiecie. Są to historii ludzi, którzy wciąż poszukują siebie, którzy niezależnie od wieku, uczą się na nowo życia.
„Życie na tym świecie to tylko przelotny bolesny sen"***
UFO ląduje w Kushiro - Szczerze powiedziawszy nie zachwyciło mnie to opowiadanie. Takie zwyczajne, nie oryginalne, kuszące jedynie atmosferą jaką wprowadza Murakami za pomocą słów.
Krajobraz z żelazkiem - Gdy skończyłam czytać to opowiadanie, chciałam zacząć od początku. I zacznę. Muszę je przemyśleć jeszcze raz.
Wszystkie boże dzieci tańczą - To opowiadanie mnie zniesmaczyło. Poza kilkoma zdaniami, nad którymi się zatrzymałam na dłużej, odrzucił mnie naturalizm.
Tajlandia - Zdecydowanie najlepsze tu opowiadanie. Bardzo specyficzne, można by powiedzieć pastelowe. Spokojne i głębokie.
Pan Żaba ratuje Tokio - Naśmiałam się czytając o panie Żabie. Urocze i z przesłaniem.
Ciastka z miodem - Też bardzo mi się spodobało. Nie zachwyciło oryginałem, bo opowiada nierzadkiej sytuacji, ale przedstawione w ciekawy sposób. No i opowiada o pisarzu...
„Słowa stają się kamieniami"****
_______________________________________________________
Cytaty pochodzą z Haruki Murakami "Wszystkie boże dzieci tańczą", Warszawa 2008:
*s.87 (Wszystkie boże dzieci tańczą)
**s.111 (Tajlandia)
***s.86 (Wszystkie boże dzieci tańczą)
****s. 112 (Tajlandia)
Aria
Ali Show
Dziewczyna o szklanych stopach

„Boję się. Nie czuję palców u stóp, na litość boską. Nie wiem, gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynają się skarpetki i buty."*
Kolejny genialny pomysł i nie wykorzystany w pełni. Szkoda. Tak, czytając tą książkę było mi straszliwie szkoda, że tak niesamowity i oryginalny pomysł umarł ledwie napoczęty.
Ale po kolei. O czym jest książka macie kilka notek niżej w „Przeglądzie nowości". Ogólnie porusza problemy małomiasteczkowości, konfliktu pokoleń, traum psychologicznych, utraty, strachu i innych. Bohaterowie tej książki są wszyscy strasznie nie szczęśliwi i każdy z nich ma swoją własną opowieść o tym jak bardzo skrzywdziło go życie. Z początku nawet mi ich było szkoda, ale jakoś tak po setnej stronie, miałam ochotę trzepnąć każdego z nich w ucho i krzyknąć prosto w twarz: „Człowieku, życie jest piękne! Otwórz oczy! Żyj! Chcesz być szczęśliwym, bądź! Wszystko zależy od ciebie!"
Jednak mimo pesymizmu prawie wszystkich postaci (jedynie główna bohaterka, mająca najpoważniejszy problem z nich wszystkich, walczyła o resztki swojego życia i próbowała być szczęśliwa) atmosfera książki nie jest ciężka i depresyjna, nie męczy i nie przygnębia. A to autor osiągnął dzięki dodania elementów fantastycznych, jednak zrobił to na tyle nieudolnie, że ręce się opuszczają. Przez całą książkę czekałam na coś, a gdy przeczytałam ostatnia stronę, musiałam sobie to „coś" sama dopowiedzieć.
Jednak nie żałuję, że przeczytałam Dziewczynę... Z tego, co wiem, to dopiero pierwsza książką Ali Show. A jak na początek, to wypadło nieźle. Oby tylko dalej było lepiej.
Są w tej książce także i perełki. Poruszane jest wiele problemów, co jednak nie było dość oryginalne. Ale na przykład wypomnienie człowiekowi przywiązania się do jednego miejsca i skazanie samego siebie na wieczne gnicie w małym miasteczku zupełnie bez powodu mi się podobało.
„Miejsca potrafią nami zawładnąć i stajemy się zaledwie częścią krajobrazu, przejmujemy jego kaprysy i dziwactwa"**
Zapachniało mi także lekko Gombrowiczem i jego Ferdydurkę. Jednak Show przedstawił teorię masek w dość oryginalny sposób, a mianowicie jako nakładanie ubrań, co też może symbolizować skorupę, za pomocą której ludzie chowają się przed światem.
„Każde ubranie to jeden z wielu charakterów, jakie człowiek wdziewa na siebie za życia."***
Ogólnie książka ma swoje wady i zalety. To dopiero początek drogi pisarskiej autora, więc arcydzieła się nie spodziewałam. Warto przeczytać. Docenicie swoje stópki ;) Poza tym na parę rzeczy można spojrzeć z innej perspektywy. No i pojawia się kilka fantastycznych stworzeń, które urzekają oryginalnością pomysłu, a niektóre swoją słodkością.
Jeżeli macie chwilę, sięgnijcie. Dobra książka na spokojne wieczory.
_____________________________________________________
Cytaty pochodzą z: Ali Show "Dziewczyna o szklanych stopach", Warszawa 2009
* s.73
** s.271
*** s.76
Aria
Wczorajszy komentarz Abi popchnął mnie do działania. W sumie moja droga współblogowczyni ma rację, trzeba wreszcie pochwalić anime warte obejrzenia, innymi słowy anime mojego życia, jak głosi tytuł notki. Powiem więc od razu, że jeżeli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę z anime, może wybierać z powyższych tytułów cokolwiek i śmiało oglądać. No to jedziemy!
Spice and Wolf
(Przyprawy i wilk)
(2008)

Dawno temu ludzie wierzyli, że pszenicą opiekuje się wilczyca. Składano jej hołd i wyprawiano święta na cześć jej mądrości, by otrzymać obfite plony. Lecz z czasem tradycja zaczęła tracić swoje znaczenie i ludzie zaczęli zapominać o wilczycy.
Handlarz Craft Lawrence lubił swój spokojny i błyskotliwy fach i podróżował spokojnie od kraju do kraju. Jego droga przywiodła go do wioski, gdzie akurat odbywało się święto pogańskie na cześć bogini wilczycy. Często bywa tak, że o bogach się zapomina, a święta pozostają. I właśnie tu, gdzie wiara w pogańskich bogów zmieniła się w wesołą bajkę, Lawrence spotkał ją... Słodkie uszka, zadbany ogonek, urocze oczka i do tego wilczy (dosłownie!) apetyt.
Ach, urocze anime! Z ręką na sercu Wam mówię, że to moje ukochane anime, które mogę oglądać i oglądać. Spokojna atmosfera podróży, słodka mała wilcza bogini, handlarz, który nie do końca wie, co ma z nowopoznaną kobietą (?) zrobić, mnóstwo prześmiesznych sytuacji, wiele skomplikowanych manewrów handlowych i cały ten fach przedstawiony w pigułce, ludzka dusza, uczucia, czyny, wybory i mądrość. Wszystko tam jest. A w Horo nie można się nie zakochać. Polecam, polecam, polecam!
S&W jest dostęone online, wszystkich chętnych zapraszam serdecznie tu -> Mądra Horo! A potem zapraszam do podzielenia się wrażeniami tutaj :)
Ef - tale od memories
(Ef - historia wspomnień)
2007

Anime przedstawia dwie historie związane między sobą jedynie siostrami bliźniaczkami. Jedna z nich jest typową nastolatką, szukającą siebie w sporcie. Druga - romantyczną dziewczynką, która kilka lat temu miała wypadek...
Więcej nie powiem nic. To anime trzeba oglądać, treści nie da się tak po prostu przekazać.
Moim zdaniem jest to najbardziej poruszające anime jakie widziałam. Za każdym razem, gdy siadałam oglądać kolejny odcinek, brałam ze sobą paczkę chusteczek.
Ef opowiada historie ludzkich dusz, ludzkiej tragedii, miłości, wiary w lepsze jutro, poszukiwania siły wewnątrz siebie i duchowego piękna.
Anime jest dostępne online o tu - Ef1.
Powstała też druga część anime, co prawda przedstawia ona dwie nowe historie, ale jest utrzymana w podobnej atmosferze i Ci, którzy obejrzą Ef - tale of memories, z pewnością sięgną po Ef - tale of melodies. Myślę, że nie ma sensu pisać recenzji o drugiej części, ponieważ jestem nią zachwycona tak samo jak i pierwszą, a dwie takie same notki pelne zachwycania sie raczej nie zniesiecie. Więc po prostuipolecam gorąco!
Drugą część można obejrzeć tu -> Ef2
P.S. Abi, wybieraj :)
Aria
Na wstępie potwierdzę plotkę jakoby Abi nie miała ani czasu ani neta. Ale ponieważ nie zdejmuje to ze mnie obowiązku wypowiedzenia się na w 1/3 swoim własnym blogu - piszę.
W swoim przeglądzie nowości Aria umieściła pozycje jakie podsunął jej gust czytelniczy. Gust gustowi nie równy i po przeczytaniu spisu Arii natchnęło mnie, żeby stworzyć swój własny (jak widać, natchnie bywa zaraźliwe;]). Zapraszam do pomęczenia się jeszcze trochę:
LUDZIE Z WYSP - Elizabeth Glibert

Wciągająca, iście szekspirowska opowieść o uczuciu, a zarazem ciekawy psychologiczny portret specyficznej wyspiarskiej społeczności. Na dwóch sąsiadujących ze sobą wyspach u wybrzeży Maine lokalni poławiacze homarów od pokoleń zaciekle walczą o łowiska. Osiemnastoletnia Ruth Thomas, córka jednego z nich, jest zdeterminowana, by dołączyć do ich grona. Bystra, energiczna, kompletnie nieromantyczna dziewczyna zakochuje się w końcu w młodym, przystojnym poławiaczu, który niestety należy do najbardziej znienawidzonego klanu. Ten romans będzie miał nieprzewidziane skutki dla mieszkańców obu wysp...
Ta książka przyciaga moją uwagę już chyba od trzech tygodni i zdecydowanie planuję ją przeczytać. Kiedy - nie wiem; nie wiem, też dlaczego planuję, bo w sumie opis nie brzmi porywająco. Sama książka zaczyna się jako tako, styl narracji też chyba nie jest jakiś wybitny (bo Abi bardzo zwraca uwagę na styl narracji^^), ale to się okaże. Chyba spodobały mi się określenia, „szekspirowska" i „psychologiczny portret specyficznej społeczności". Ciekawe jakiż to on jest... A Szekspir zawsze był i będzie fajny.
KTO ZABIJA NAJSŁAWNIEJSZYCH AMERYKAŃSKICH PISARZY? - Robert Kaplow

Z dnia na dzień świat traci ulubionych pisarzy... I to jak?! „Królowa romansów" Danielle Steel i Curtis Sittenfeld, jej następczyni - giną rozpuszczone w kwasie w hotelu Ritz. „Cesarzowa kryminału" Sue Grafton - zrzucona z „Orient Ekspressu" w odmęty wodospadu. Mistrz sensacji Tom Clancy - zmasakrowany w centrum miasta. Następny na tajemniczej liście jest sam Stephen King... Kto i dlaczego ich zabija?
Każdy rozdział napisany jest w stylu kolejnej ofiary, a na drodze do zaskakującego finału, jeśli wcześniej nie umrzecie ze śmiechu, spotkacie wiele innych sław, m.in. Anne Bancroft, Steve'a Martina i Gérarda Depardieu.
Heh, co tu powiedzieć... Żeby notka nie była zbyt uboga przejrzałam szybko spis nowości i ten opis mnie rozbawił. Ale jedna rzecz jest tu naprawdę intrygująca - każdy rodział napisany jest w stylu kolejnej ofiary. Jestem zdania, że udawanie czyjegoś stylu nie należy do najłatwiejszych i ciekawi mnie czy jak autorowi sie tu udało.
WIELCY KOMPOZYTORZY I ICH CZASY - Michael Steen
Zakrojona na wielką skalę, panoramiczna historia biograficzna muzyki klasycznej. W każdym rozdziale znajdziemy życie jednego lub kilku kompozytorów, nakreślone na społecznym, politycznym i muzycznym tle ich czasów: m.in. portret Bacha, szacownego mieszczanina, który większość swych utworów napisał wśród prowincjonalnych sporów luterańskiego Lipska. (...) Napisana żywym, potocznym, a równocześnie pięknym stylem książka, ozdobiona licznymi ilustracjami [etc.] składa się na urzekającą biografię gigantów europejskiej muzyki i portret czasów, w których przyszło im żyć.
Taką pozycję każdy sznujacy siebie i kulturę człowiek powienien w domu posiadać. Osobiście często zaglądam, żeby choć pobierznie przejrzeć biografię twórcy który mi się podoba, bądź bardzo nie podoba. Żeby wiedzieć skąd, dlaczego i po co przylazło mu do głowy żeby napisać coś tak a nie siak. Poza tym, wielcy ludzie dosć często miewali ciekawe życie.
Abi
Dziś chciałabym wam przedstawić wiersz Władysława Broniewskiego.
W 1925 Petersburgiem i całą Rosją wstrząsnęła przerażająca wiadomość - Siergiej Jesienin, jeden ze wspanialszych rosyjskich poetów XX wieku, popełnił samobójstwo. Jak? Czemu? Z jakiego powodu? - te pytania wypełniły powietrze. Jedni uwierzyli, inni domyślali się prawdy.
Obecnie w wielu wierszach możemy ujrzeć delikatne aluzje na to, że Jesienin wcale nie otrzymał śmierci z własnej dłoni. Co więcej, dziś wiemy, że jego samobójstwo było jedynie kłamstwem rządu rosyjskiego.
Jeden z takich wierszy pragnę dziś wam przedstawić.
WŁADYSŁAW BRONIEWSKI
NOCNY GOŚĆ
Dlaczego pukasz do okien
nocą, gdy spać nie mogę?
Dlaczego ciężkim, powolnym krokiem
budzisz skrzypiącą podłogę?
A potem stajesz koło mnie,
a potem siadasz przy mnie -
oczy masz białe, ślepe i ogromne,
ręce masz zimne.
Pokazujesz mi plamę wilgotną,
ten ciemny ślad na koszuli,
i każesz mi ręką dotknąć,
i każesz do ust przytulić...
I znowu, i znowu, i znowu
stąpasz przez puste mieszkanie,
szalone, czerwone słowa
krwią wypisujesz na ścianie.
Ach, w oczach mi coraz ciemniej,
ach, coraz boleśniej w piersi -
odejdź, odejdź ode mnie,
nie pisz na ścianie tych wierszy!
Ja je znam, ja je dobrze pamiętam,
jak dziecię umarłe, pieszczę
wiersze okrutne, wiersze przeklęte,
słowa trumienne, złowieszcze.
Nie umiałeś ich zgubić, zapomnieć,
poszukać jaśniejszych, milszych -
a teraz nocą przychodzisz do mnie
i patrzysz na mnie, i milczysz...
A kiedy odejdziesz nad ranem,
oczy bezsenne będą bardzo boleć,
wtedy zobaczę zdjęty sznur od firanek
i otwartą brzytwę na stole.
Miłośników poezji śpiewanej zapraszam tu -> klik
Tak cicho jest w moim świecie, gdy czytam, bądź słucham tego wiersza. Za każdym razem. I często mi się wydaje, że wystarczy się odwrócić, a napotkam zimny wzrok Jesienina...
Aria
No i nadszedł moment, kiedy ruszyło mnie sumienie i postanowiłam wreszcie wziąć na siebie odpowiedzialność i uzupełnić parę nieruszonych jeszcze kategorii, wszak blog istnieje już 16 dni ^^
Abi jest zajęta i chyba ma wciąż kłopoty z netem (Abi, masz neta?), więc z racji tego oraz nagłego natchnienia zajmę się tymi kategoriami dziś.
Przegląd nowości - czyli co nowego w księgarniach i empikach na przełonie kwitnia i maja. Od razu wam powiem, że opis książki nie jest mojego autorstwa, tylko empikowego bądź innego portalu ksiązkowego. Nie mogę opisać książki, której jeszcze (JESZCZE!) nie czytałam. Oczywiście nie będę tu wrzucać książek klikając na "empik nowości książkowe" i jak leci... Nie, nie. Najpierw nowe pozycje przejdą przez srogi filtr moich oczu i umysłu, czyli jednym słowem daje tu to, co mi się wydaje ciekawe i obiecujące.
No to zaczynamy!

Midas Crook stroni od ludzi. Z pasją uwiecznia na fotografiach swój czarno-biały świat. Dzięki Idzie odkrywa inne kolory...
Za wszelką cenę muszą powstrzymać jej zagadkową przemianę. Ale czas ucieka nieubłaganie...
Dziewczyna ze szklanymi stopami to debiut młodego brytyjskiego autora zapowiadany jako wydarzenie sezonu przez brytyjskie wydawnictwo Atlantic Books, odkrywcę słynnych talentów literackich nagradzanych w ostatnich trzech latach Booker Prize.



TALES OF THE ABYSS

Luke - rozpieszczony arystokrata (czerwone włosy!), mieszkający w pałacu i mający życie niczym ser w maśle (czyli bardzo, bardzo dobre; uczcie się rosyjskich powiedzonek, uczcie). Ma wspaniałego nauczyciela walki mieczem Vana, którego wprost uwielbia. Ma również sługę, młodego chłopaka Guy'a, który traktuje Luka jako bliskiego przyjaciela. I ma również narzeczoną, o jego małżeństwie z którą postanowiono już wiele lat temu. Jednak Luke nie może odwzajemnić uczuć Natalii, bo... jej nie pamięta.
Siedem lat temu został porwany, a gdy wrócił do domu, zachowywał się niczym małe dziecko i nie pamiętał kompletnie niczego.
Pewnego dnia do pałacu przychodzi nieznajoma i rzuca się z mieczem na Vana. Luke staje w obronie swego mistrza i gdy jego broń krzyżuje się z włócznią (tak, to chyba włócznia...) nieznajomej, następuje dziwna reakcja, oślepia ich światło i Luke budzi się w zupełnie innym miejscu, daleko od swego pałacu.
(Z góry przepraszam, jeżeli jakieś imię napisałam źle, oglądałam to anime z rosyjskimi napisami, więc cyrylicę przekładam na łacińskie sama, co grozi pomyłką w 99% :P)

Cóż mogę powiedzieć. Nie jest to anime mojego życia, ale nie jest to też dno. Bardzo przyjemnie się oglądało, aż zarwałam dwie noce, by obejrzeć całość (26 odcinków po 25 min). Wiem, że ludzie się tym anime zachwycali, więc rzuciłam okiem, cóż tu naród tak zachwyca.
Dobre anime dla wielbicieli fantasy i przygotówek. Ach, i jest bardzo ładne, piękna kreska i dużo kolorów (czerwone włosy!). A najwspanialsze w tym anime są hymny! Będziecie wiedzieć, o co chodzi, jak zaczniecie oglądać. Ach, te hymny... Miło mi się oglądało. Z zastrzeżeń mam tylko tyle, że zbyt duży dynamizm głównego bohatera. Poza tym drugoplanowe postacie są bardziej wyraziste niż te, co na czele stoją. Postacie Jade i Guy'a bardzo mnie zafascynowały, więc zwracam waszą uwagę na nich.
No i na koniec powiem, że polecam, oczywiście tym, co w fantasy gustują. Głębokich problemów psychologicznych tam nie ma, aczkolwiek każda postać jest rozwinięta emocjonalnie, więc nikogo nie obrazili, każdy z bohaterów jest inny i na swój sposób fascynujący, choć nie udało się uniknąć lekkiej szablonowości postaci. Przesłanie anime daje do myślenia. Jak wszyscy wiemy, w 99% filmach, książkach i anime typu fantasy, trzeba ratować świat. Tu też ratujemy. Ale powód, dla którego ma być zniszczony, jest fascynujący i skłania ku refleksji.
Obejrzeć można tu - Klikuncik!
Enjoy!
Aria
Z góry uprzedzam, że dział z poezją został założony na gorącą prośbę Arii i dla niej. Tylko ona z nas dwóch należy do tego dziwnego rodzaju ludzi którzy nie tylko tolerują, ale i lubią poezję. Ja, mówiąc eufemistycznie, b. b. jej nie lubię. Z szacunku dla Arii i jej podobnych nie będę rozwodzić się więcej nad genezą takiej postawy. Mój udział w tym dziale będzie się sprowadzał do urozmaicania wywodów Wiktorii przez wskazanie Wam paru poetyckich perełek, które nie męczą nawet zagorzałych przeciwników wierszy i do wytknięcia tych paskudztw którym naprawdę będzie się to należało.
Zacznę od wiersza mojego życia.
Konstanty Ildefons Gałczyński
Strasna zaba
Teraz może nasunąć się pytanie dlaczego właściwie ten wiersz został wierszem życia Abi? Jest owszem słodki, oryginalny, nawet zabawny, ale w gruncie rzeczy traktuje o systemie politycznym i co niby w tym takiego ciekawego?
Po raz pierwszy ten utwór zawitał do moich drzwi kiedy byłam w piątej klasie podstawówki i nie bardzo interesowało mnie o czym on mówi. Nauczyłam się go na swój pierwszy w życiu konkurs recytatorski i pierwszy raz zostałam tam z nim jedną z laureatek. Lubiłam go za formę, a on towarzyszył mi dalej w życiu czego efektem jest to, że dzisiaj różne wiersze mogą mi się nawet podobać, ale z żadnym nie wiąże i nie będzie się wiązało tyle historii co ze Strasną zabą. Czasami kiedy nie mogę odegnać od siebie z jakiegoś powodu ciągnącej się za mną chmury czarnych myśli zaczynam go sobie recytować, przypomina mi się cała historia z nim związana i od razu robi się lżej. Nawet teraz jestem na kierunku studiów którego definicję ten wiersz niezwykle dobrze w sobie zawiera.
Tyle co do mojego sentymentu. Innym ludziom polecam go, bo jest po prostu uroczo zabawny i przewrotny. I bardzo oryginalny. Podobno jego melodyczność z punktu widzenia budowy jest nieco skomplikowana, ale zrezygnowałam z pisania na jego temat pracy semestralnej, nie chcąc znienawidzić go za to, że przypadkiem nie będę mogła tej melodyczności z niego wyciągnąć i szczegółów nie znam. Ale i tak polecam wiersz uwadze czytelników.
Abi
MADAGASKAR 2

To co Abuszki lubią najbardziej – zero powagi w podejściu do życia i jego problemów. Cały, absolutnie, cały film jest w całkowitości prześmiewczy, nawet w najtragiczniejszych momentach. Żyć nie umierać. Zdecydowanie przebija jedynkę... a muzyka! Tańczy się na fotelu. Absolutnie świetna baja, dla każdego. Serdecznie, serdecznie polecam. Nie dla ponuraków i filozofów, ale dla przygnebionych czemu nie. Bohaterzy zpupełniue zlawają wszelkie problemy i wychodzi im na dobre. W sumie jak tak się przyjrzeć życiu to czy my sami nie za bardzo dramatyzujemy nad niektórymi rzeczami? My rozpaczamy, życie toczy sie dalej a potem okazuje się, że nie było co płakać tylko wykonać swoje obowiązki i dziękować Bogu za życie. Nie ma co wiecej sie rozwodzić - świetny film. A pingwiny przeszły same siebie.
Abi
Nie ma mnie tydzień i już Aria opanowuje bloga. A co gorsza potem wykorzystuje ten argument – że dawno nic nie pisałam – przeciwko mnie i zmusza mnie do pisania! Co za niesprawiedliwość. Ale nie to jest najgorsze... Najgorsze jest to, że ja mnie mam o czym pisać... Tak, to dramatyczne. Boję się co mi zrobi Aria kiedy mnie dorwie, ale nie będę udawać, nie mam głowy do zajęcia się jakąś porządną książką. Co prawda zaczęłam czytać ostatnio z dziesięć pozycji, ale daleko mi jeszcze do końca. Do jedynej książki jaką ostatnio przeczytałam potrzebuję przeczytać jeszcze dwie inne, a co najmniej jedną inną i rozdział drugiej, żebym jako tako umiała ocenić jej prawdziwą wartość. A na to z kolei nie mam na razie czasu. Ponieważ jednak złożyłam już obietnicę, że napiszę jakieś recenzje (tu proszę zwrócić uwagę na liczbę mnogą) nie pozostaje mi nic innego jak uciec się do fortelu.
UMBERTO ECO
HISTORIA BRZYDOTY

Nie, nie nie sądźcie przypadkiem, że przeczytałam to tomiszcze choć w połowie. Do tego wyczynu musiałabym mieć pod ręką cały magazyn Aviomarinu. Nie nastawiajcie się też na jakąś obszerną krytycznoliteracką wypowiedź. Jedyne na co mnie na razie stać to pobujanie w obłokach na temat książki która towarzyszyła mi ładne parę godzin w pisaniu pracy zaliczeniowej.
Jest niezwykle dobrze i wyraziście napisana, zredagowana i przetłumaczona, a przede wszystkim – pełna obrazków. Po lekturze jej chociaż kawałka naprawdę zaczynamy rozumieć co to jest brzydota i dociera do nas, że to co dotychczas uważaliśmy za brzydactwo przy tym o czym traktuje ten barwny podręcznik nasze o niej wyobrażenie jest niczym. Zdecydowanie nie polecam jako lektury do poduszki, ale żeby rozszerzyć sobie horyzonty na temat sztuki i estetyki, przejrzeć kilka rozdziałów chociaż z ciekawości, było by wskazane. Napisana bardzo mądrze i niezwykle obszerna, porusza chyba każde możliwe zagadnienie w kwestii brzydoty. Eco zgromadził mnóstwo pouczających cytatów z wszelakich dzieł, pogrupował w odpowiednie działy i opatrzył niezwykle ciekawymi i rozsądnymi komentarzami. Osobiście muszę powiedzieć, że już sama lekturza opisu na zakładce od obwoluty pozwoliła mi na powzięcie jak najlepszego zdania na temat tego komplementarnego przewodnika przez wieki z brzydotą. I jedyne z czym się nie zgadzam to ze stwierdzeniem, że brzydota jest naprawdę piękna. Brzydota jest naprawdę paskudna.
Nie czytać z pełnym żołądkiem.
Bardzo przydatne w pisaniu pracy rocznej o wstręcie.
__________________________________________
Nie zadziwcie się, jeżeli jeszcze kiedyś znajdziecie tu recenzję podręcznika do językoznawstwa, psychologi, albo czegoś podobnego. Będzie to oznaczało, że chciałabym napisać jakąś recenzję, ale kompletnie nie mam na to czasu. A teraz śpiesznie oddalam się stąd by poszukać jakiejś odpowiednio zamaskowanej nory w ziemi która mogłaby mnie ukryć przed zemstą Arii.
Abi
Haruki Murakami
Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland
(Sekai-no owari-to hahdo-boirudo wandahrando)

„- Czy ja też mogłabym wejść do tej twojej ograniczonej wizji? - zapytała.
- Oczywiście, każdy może do niej wejść i każdy może wyjść - odparłem. - To właśnie jej zaleta. Tylko wchodząc, wytrzyj buty i zamknij drzwi, kiedy będziesz wychodzić."*
Książka składa się z dwóch, na pierwszy rzut oka nie połączonych ze sobą, historii. Nieparzyste rozdziały opowiadają historię pod tytułem „Koniec świata", a parzyste - „Hard-boiled Wonderland". Murakami nie pokazuje wprost powiązania między nimi - to, co zobaczycie, zależy tylko od was samych.
O czym jest ta książka? Utrzymana w stylu fantastyki, surrealizmu i psychodeliczności, mówi o człowieku, jego świadomości i podświadomości. To książka, która nie ma w sobie ani krzty schematu. Upadłam na kolana przed geniuszem Murakami i przed jego wyobraźnią.
Z początku czułam lekki zgrzyt mojej Europejskiej świadomości z atmosferą japońskiej książki. Lecz to szybko minęło, a mój umysł pogrążył się w spokoju, opanowaniu i równowadze kultury dalekiego wschodu. „Koniec Świata..." czyta się niesamowicie płynnie i szybko, odcinając się całkowicie od świata rzeczywistego.
Murakami wiele rzeczy ukazuje nam z zupełnie innej perspektywy...
„Śmierć to właśnie coś takiego - zostawia po sobie połowę kremu do golenia."**
...chociażby zwykłe kupno samochodu, miłość do różu jako cecha dziewczyny, która wcale nie jest stereotypową blondynką, bądź cienie, które autor przedstawił zupełnie inaczej niż my je postrzegamy (kiedyś napisałam, że „cienie to po prostu myśli, na które nie ma już miejsca w naszej głowie" i lekko się otarłam o teorię Murakami). Tak, po przeczytaniu tej książki patrzymy zupełnie inaczej na wiele rzeczy, lecz przede wszystkim na samych siebie i na nasz umysł.
„Czy świat dookoła nas nie odbija się w naszej świadomości tak samo, jak nasza świadomość odbija się w nim? I czyż tu nie pasuje metafora dwóch luster, zwróconych ku sobie i tworzących dwie nieskończoności?
Opisanie podobnej wizji to mój stały motyw, lecz, być może, właśnie w „Końcu Świata i Hard-boiled Wonderland" udało mi się opisać to najbardziej wyraźnie"***
Myślę, że się udało. Godzinami przetwarzałam nowo nabytą z tej książki wiedzę i wciąż oszałamiały mnie nowe interpretacje. To nie tylko książka o świadomości, lecz i przedstawiona za pomocą słowa pisanego świadomość ludzka. Tak głęboka i zawiła, że można poświęcić jej całe swoje życie. A gdy pomyśli się, że sami mamy coś podobnego w swojej głowie...
Polecam serdecznie „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland" wszystkim. Jeżeli tylko macie możliwość, to przeczytajcie. Nie pożałujecie. Ja nie pożałowałam, co więcej, mam kolejną ulubioną książkę wśród moich dzieł genialnych typu „Katedra Marii Panny w Paryżu", „Opowieści z Narnii", „Cień wiatru" itp. Na półce od wczoraj czekają na mnie kolejne dwie książki Murakami i jestem pewna, że mnie nie rozczarują.
„W świecie myśli nie ma czasu. Tym właśnie różni się on od świata snów. W świecie myśli można w jednej chwili zobaczyć wszystko. Myślami można objąć wszechświat. Można doświadczyć nieskończoności. Albo zatoczyć koło i kręcić się po nim bez końca."****
__________________________________________________________________
Cytaty pochodzą z:
* Haruki Murakami "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland", Warszawa 2008, s.466
**s.451
***Haruki Murakami Przedmowa do rosyjskiego wydania
****"Koniec Świata..." s.334
Aria
Abi pisze pracę z poetyki, a poza tym wykorzystała cały transfer (przez takiego jednego wrednego paszczura, co jej polecił anime oglądać :P), więc do środy jesteście skazani tylko na mnie. A jest czego się bać, bo mam dużo do powiedzenia tym razem, bardzo dużo.
Dziś czas na pierwszą notkę w kategorii 'Anime'. Z racji tego chciałabym wam na początek lekko przybliżyć ten rodzaj hmm sztuki, tak, sztuka to jest dobre słowo.
Ci, którzy wiedzą, co to jest anime, reagują na to słowo niemalże fanatycznym zachwytem. Gdy w towarzystwie spotka się dwie takie osoby, w powietrze zaczynają lecieć jakieś niezrozumiałe słowa i reszta ludzi patrzy na tą dwójkę z wielkim zdziwieniem. Sama byłam w paru takich sytuacjach, więc wiem o czym mówię.
Jednak Ci, którzy nie mieli styczności z anime, kojarzą to słowo tylko z pokemonami i Japonią. I właśnie dlatego chciałabym wam opowiedzieć co nieco o tej sztuce.
Zacznijmy od tego, że manga i anime to zupełnie dwie różne rzeczy i wcale nie są to słowa stosowane wymiennie dla określenia jednego zjawiska.
Manga (jap. man - rysunek, mimowolnie, wbrew sobie; ga - obraz, rysunek) - to tak zwany japoński komiks, pojawił się już w XII wieku. Jednak różni się bardzo od powszechnie znanych komiksów.
Najczęściej manga jest czarnobiała, ponieważ jest wydawana bardzo często i nie byłoby czasu dodawać kolorów, poza tym byłaby wtedy kosztowniejsza. Czyta się ją od prawej do lewej strony, co związane jest z pismem japońskim (widzieliście kiedyś jakąś japońską książkę bądź gazetę?).
![]()
Osobiście mangi nie czytałam poza pojedynczymi stronami. W Polsce jest ona stosunkowo droga, a przez Internet traci swoją atmosferę, poza tym tak jakoś się zdarzyło. Nie przeczę, że kiedyś i po ten gatunek sięgnę.
O japońskim piśmiennictwie i języku mogłabym jeszcze tu dużo mówić, jednak notka teoretycznie jest o anime. Potem mnie jeszcze Abi za uszy wytarga, że tyle tu piszę. Ale jeżeli ktoś będzie sobie życzył, to mogę poświęcić temu zagadnieniu oddzielną notkę (jak Abi pozwoli :P)
Przejdźmy do anime. W Japonii słowem 'anime' (od ang. Animation)są określane wszystkie filmy animowane ('Wilk i zając', 'Reksio' i nawet 'Madagaskar' też). Jednak to, co tworzy Japonia zupełnie się różni od powszechnie nam znanych animacji i w świecie japońskie 'bajki' są określane mianem 'anime'.
Polakom anime kojarzyć się może z dobrze wszystkim znanymi tytułami - 'Rycerze Zodiaku', 'Czarodziejka z księżyca', 'Super świnka', 'Pokemony', 'Dragon Ball'. Pomimo tego, że kiedyś biegłam ze szkoły, by zdążyć na 'Super świnkę' i miałam szała na 'Czarodziejkę z księżyca' całkiem niedawno, to szkoda mi ludzi, którym anime kojarzy się tylko z tymi tytułami.
Jaka jest funkcja społeczna anime? Bardzo duża. Japonia jest krajem, gdzie ludzie nie pokazują swoich emocji, ukrywają wszystko w sobie, boją się wyróżnić i postępują według zasad i hierarchii. Anime pokazuje to, co ukrywają w sobie. Głównie anime opowiada o przeżyciach wewnętrznych i jest głęboko psychologicznym gatunkiem.
Wielkie oczy, które stały się znakiem rozpoznawczym tego gatunku, i reszta rysów, które są jedynie małymi kreseczkami, wskazują właśnie na postawienie duszy (oczy są oknami duszy) i wewnętrznych przeżyć na pierwszym miejscu.
Bohaterzy w anime nie są czarni, bądź biali, lecz dynamiczni, w odróżnieniu od różnym amerykańskich bajek, gdzie (weźmy dla przykładu Atomówki) główne trzy bohaterki są niemal identyczne, a wrogowie są tylko po to, by ich pokonać. W anime bohaterzy, stojący po stronie dobra, są różni, każdy jest oryginalny i ma swój własny, niepowtarzalny charakter. Postacie negatywne także nie są pozbawieni swoich uczuć i motywów. Nie chcą opanować świat, „bo tak". Mają własne marzenia, plany, przeszłość, przeżycia. I czasami nawet przechodzą na stronę dobra. Ci, którzy oglądali 'Czarodziejkę z księżyca', mieli okazję to zaobserwować.
Ogólnie przekazanie emocji w anime gra bardzo dużą rolę. Głównie skupiamy się na tym, co dany bohater czuje i na jego wewnętrznym świecie.
Muzyka w anime także odgrywa bardzo ważną rolę. Nierzadko ściągałam sobie całe sountrack'i obejrzanych serii. Bardzo często japońskie znane gwiazdy muzyki współpracują z twórcami anime.
No i teraz szybko o typach i gatunkach anime i już kończę.
Są podstawowe trzy typy anime:
Filmy - głównie trafiają do kin, a co za tym idzie, są bardzo dobre jakościowo.
OVA - Original Animated Video (zapamiętajcie co to jest, bo zapewne będę używać tego skrótu w przyszłości) Poprawnie powinno być OAV, jednak OVA już się zadomowiło.
Są to, podobnie jak i filmy, bardzo dobre jakościowo anime, rozpowszechniane na DVD. Zwykle ma około trzech odcinków.
Seriale - zwykle mają albo 13, albo 25 odcinków, lecz są i takie, które na 2000 nie poprzestają. Czarodziejka z księżyca miała 200 odcinków tak dla przykładu, a Munto, który teoretycznie jest bohaterem dzisiejszej notki, tylko 9.
Gatunków anime jest cała masa, dlatego wymienię tu tylko podstawowe:
Kodomo muke - jest to anime przeznaczone dla dzieci.
Shōnen (jap. chłopiec w młodym wieku) - anime przeznaczona głównie dla chłopców.
Shōjo (jap. dziewczyna) - anime dla dziewcząt.
Mecha - anime, gdzie pojawiają się człekokształtne roboty.
Fantasy - jak sama nazwa wskazuje.
Ecchi/Hentai - anime o podtekstach erotycznych bądź pornograficznych. Co ciekawe, pornografia w Japonii jest zakazana, dlatego też powstał właśnie ten gatunek anime.
To by było na tyle, chociaż aż serce mnie boli, jak mało wam o anime opowiedziałam... No ale przejdźmy do tytułowego bohatera dzisiejszej notki.
Sora wo Miageru Shoujo no Hitomi ni Utsuru Sekai
(Świat odbijający się w oczach dziewczyny patrzącej w niebo)

Tak, moi Drodzy, to oryginalny tytuł anime, powszechnie znanego jako Munto TV. O czymże ono opowiada?
Dawno, dawno temu straszna wojna rozbiła Ziemię i Niebiosa na dwa odrębne światy. Mieszkańcy ziemi szybko zaczęli zapominać o Niebiosach, które pojawiały się u nich jedynie w legendach, a nieśmiertelni mieszkańcy Niebios po prostu nie zwracali uwagi na Ziemian, ponieważ na dole nie było niezbędnej im do życia energii Akuto.
Jednak pewnego dnia Akuto zaczęło się kończyć na Niebiosach i ich świat stanął twarzą w twarz z zagładą, a wojna która wybuchła, jedynie to przyśpieszała.
Król Munto (pompony, Abi!), próbując uratować swój świat, dowiedział się, że jedynie na Ziemi znajdzie sposób, by zapobiec końcowi światów.
13letnia Yumeni od dziecka jako jedyna widziała na niebie pływające wyspy, dlatego też lubiła dni, gdy padał deszcz, bowiem wtedy owych wysp nie było widać. Jednak ostatnimi czasy coś złego działo się na niebie i Yumeni widziała jak ogromne skały spadają stamtąd na ziemię, co było prawdziwą przyczyną trzęsień ziemi i tsunami nękających Japonię. Nie wiedziała jednak, co mogłaby z ową wiedzą zrobić, dopóki pewnego dnia nie pojawił się przed nią w jaśniejącej aurze czerwonowłosy nieznajomy... (Abi! Pompony! :P)

Kilka lat temu pojawiły się dwa OVA Munto. Pierwsze 6 odcinków serialu są niczym innym, jak pociętym na części OVA. Coś takiego rzadko się zdarza i wielu oglądających to anime, bardzo się zbulwersowało. Ja OVA wcześniej nie widziałam, więc mi było wszystko jedno.
Co myślę o Munto TV? Powiem szczerze, że obejrzałam to anime jedynie dzięki postaci Munto. Przystojny, pewny siebie, oddany swojemu krajowi, zdecydowany... Ach... Przez całe anime walczyłam z chęcią ugotowania czegoś dla niego, bo wygląda tak, jakby nic nie jadł od urodzenia (no w sumie nie jadł...).
Zachwycił mnie też pomysł z dziewczyną, widząca wyspy wśród obłoków, jednak pomysł ten mógł zostać o wiele lepiej wykorzystany, niż zrobiło to anime.
Stanowczo za dużo mówienia, za mało czynów. Poza tym wszystko jest tak bardzo skomplikowane, że mało co z samego anime zrozumiałam. Pod koniec nie miałam pojęcia już o co im wszystkim chodzi. Ale Munto nadal był śliczny, więc oglądałam.
Jednak nie mówię, że Munto TV było nudne i beznadziejne. Nie, nie, nie. Wciąż twierdzę, że to jedno z moich lepszych anime. Mimo małych zawiłości fabuły, spędziłam wstaiałe chwile przy tych 9 odcinkach. Obejrzenie tego anime było ciekawym przeżyciem. Parę wątków (no coś tam zrozumiałam) mnie zaskoczyło i zachwyciło zarazem. Szkoda, że Yumeni była nieco bezbarwna, taka szara myszka, po którą przyleciał książę. Pachnie Kopciuszkiem.
Nie powiem, że tego anime nie polecam, ale też nie będę je wam polecać. Jest bardzo specyficzne, ja osobiście byłam nim zachwycona. Wybór pozostawiam wam. Powiem tylko, że na pierwszą przygodę z anime Munto się nie nadaje. Lepiej zacząć od czegoś innego. Czego? Moje gg jest po lewej, proszę pisać, poradzimy :)
Chętnych do obejrzenia zapraszam tu -> Klikaj na Muntusia
Miłego dnia i przepraszam za ogrom notki ^^

P.S. Myyyyyyymmmm xD
Aria
Paulo Coelho
Alchemik

Paulo Coelho zawsze kojarzył mi się z filozofem religioznawcą. Dlatego też nie sięgałam po jego książki. Nie chciało mi się czytać skomplikowanych i ciężkich traktatów o wierze, życiu i innych sprawach wiecznych.
Jednak nie można popadać w stereotypy i własne widzimisie. Dlatego też wyciągnęłam rękę po Alchemika. Zadziwił mnie zupełnie.
Atmosferą przypomina Sto lat samotności Marqueza. Natomiast treścią - Stary testament, wydany w wersji łatwej i przyjemnej.
Alchemik opowiada o młodym mężczyźnie, którego rodzice marzyli, by został księdzem. Jednak on wybrał dla siebie inną drogę i nie bał się na nią wstąpić.
Książka ta uczy swego czytelnika życia, w sensie dosłownym i przenośnym. Uczy bycia szczęśliwym, uczy wiary. Pokazuje świat z zupełnie innej perspektywy i uświadamia, co tak naprawdę jest w tym życiu najważniejsze i do czego należy dążyć.
Ja osobiście znalazłam w tej książce wiele odpowiedzi, na pytania, jakie stawiałam życiu od czasów dzieciństwa.
„Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć"
Skończyłam czytać tą książkę niedawno. Za mało minęło czasu od momentu jak pojawiła się ona w mojej głowie, dlatego też myśli i opinia o niej nie są tak dojrzałe, jak na przykład o Grze Anioła. Dlatego też i recenzja jest krótsza. Jednak z całą pewnością mogę wam polecić tą książkę. Nie zauważyłam w niej żadnych niedociągnięć, błędów czy niespójności. Tak jakby została podyktowana przez samego anioła.
Alchemik jest książką dla każdego, każdy znajdzie w niej coś dla siebie. I z pewnością każdy odnajdzie tam odpowiedź choć na jedno ze swych pytań bez odpowiedzi. Paulo Coelho stworzył niesamowity drogowskaz dla współczesnej ludzkości, dzięki któremu można choć o drobinę zsunąć przepaskę z oczu.
Aria
Dziś zaczynamy nasz tygodniowy cykl 'Poezja nie gryzie'. Kolej na umieszczenie wiersza jako pierwszej (bo co tydzień zamierzamy się wymieniać) przypadła mnie. Postanowiłam więc na dobry początek zapoznać was z moim ulubionym wierszem z polskiej poezji.
Konstanty Ildefons Gałczyński
List jeńca
Miłośników poezji śpiewanej zapraszam tu -> klik
List Jeńca ma w sobie zawartą potężną magię. Za każdym razem, gdy go czytam, odnajduję coś nowego. I nie mówię tu o ukrytych metaforach, przesłaniach, symbolach i innych z tej zgrai. Mówię o uczuciach. Całe morze uczuć zawiera w sobie ten wiersz. Czytam go od kilku lat, wciąż i wciąż. I za każdym razem odnajduję w nim coś nowego i świeżego.
Czemu właśnie ten wiersz? Kiedyś, dawno, dawno temu, ktoś mi go zadedykował. Wtedy przeczytałam go po raz pierwszy. Osoba ta odeszła, a wiersz pozostał.
To jest właśnie magia słowa pisanego - wszystko przemija, a ono będzie wciąż trwać.
Aria
Koralina i tajemnicze drzwi 3D

Napiszę tylko o tym jakie wrażenie zrobił na mnie film, treść i książkę odkładając chwilowo na bok.
Generalnie dwa punkty.
Raz: KOT.
Dwa: MUZYKA.
I kolejno.
1. Dokładnie taki jak powinien być – inteligentny, gadający, z jedenastym zmysłem (tak Moi Drodzy, zmysłów mamy dziesięć a nie sześć), rozsądny, tajemniczy, niezwykły. Czarny. I piękny. Wszystkie koty są piękne, a czarne już najbardziej. Nawet jeśli trochę skundlone i niewyczesane, ale za to znikające za pniami drzew. Bardzo dobrze oddany.
2. Urzekła i oczarowała mnie najbardziej, pięknie dopasowana. Od pierwszych scen wprowadza w nastrój i wdraża w akcję. Kiedy trzeba - cisza, kiedy trzeba budzi obawę, zabiera obawę, rozbawia, albo jest delikatną usypiajką wymieszaną z dźwiękiem pozytywki.
Film budzi w człowieku najgłębsze dziecięce uczucia, o ile je oczywiście jeszcze posiadamy. Jako, że ma być straszny - najbardziej rozbudowane są efekty dotyczące grozy i strachu. W moim przypadku twórcom się udało, w niektórych chwilach miałam szczerą ochotę schować się pod kołdrę, która niestety została w domu wraz z, co gorsza, misiem. Czysto dziecięca obawa, jaką pamiętam z czasów kiedy bałam się ciemności, ognia i czarownic wkradła się cicho, delikatnie falując emocjami. Od samego początku po sam koniec i jeszcze trochę, człowieka ogarnia delikatny, ale nachalny lęk, mimo że to zwyczajna bajka w której wiadomo, że wszystko będzie OK.
Film z atmosferą, ale tylko dla ludzki którzy nie patrzą na świat jedynie racjonalnym czy technicznym wzrokiem i idą do kina, po to żeby wyłapać błędy i niedoskonałości w animacji, których akurat nie brakowało. Pierwszy raz byłam na seansie filmu trójwymiarowego. Nie spodziewałam się fajerwerków i z jednej strony się nie pomyliłam - bardzo to trywialne, jak w ruchomych obrazkach dla dzieci dodawanymi do płatków kukurydzianych. Oczy, nos i głowa po pół godzinie z okularami zaczynają pobolewać, żeby na koniec filmu dawać się już całkiem głośno we znaki, co jednak bynajmniej nie znaczy, że ma się dość oglądania. W niektórych momentach jednak było naprawdę efektownie i inaczej. Kiedy później obejrzałam urywki filmu w zwyczajnym widoku zdecydowanie było mniej ciekawie.
Ujął mnie morał podany na samym początku filmu a zamknięty w postaci ojca Koraliny, pogarbionego okularnika z ziemistą cerą - „oto jak będziesz wyglądał jeśli przedobrzysz z czasem spędzanym przed komputerem”; bądź też – „jeśli nie oderwiesz gał od laptopa przegapisz w życiu mnóstwo ważnych rzeczy”.
Atmosfera filmu tak samo jak kot - najwyższej klasy.
A, żeby nie było, że tak sobie pusto gadam, link do mojego ulubionego utworu z filmu:
http://www.youtube.com/watch?v=XnIUVHtLC08
Ach...
Abi

Efekt motyla 2
(The Butterfly Effect 2)
2006
Myślę, że większość z was widziała Efekt motyla. Jest to jeden z filmów obowiązkowych, jakie w życiu należy obejrzeć. Jeżeli jednak jest ktoś, kto go nie widział, to niech szybciutko leci i nadrabia zaległości, a potem wraca do nas.
Cóż mogę powiedzieć. Spodziewałam się czegoś podobnego do pierwszej części, która swego czasu rzuciła mnie na kolana. Zawiodłam się.
Historia jest podobna. Czwórka przyjaciół, urodziny, świętują na łonie natury. Wracają samochodem do miasta i... Przeżywa tylko jeden z nich. I oczywiście to on ma dar (bądź przekleństwo) zmieniać przeszłość. Wszystko jest analogicznie do pierwszej części. Jednak poziom strasznie kuleje.
Niemal poczułam się obrażona, że twórcy Efektu motyla próbują mi wcisnąć coś takiego. W 100% przewidywalne, zbyt wulgarne (momentami przypomina film porno) i zakończenie zupełnie nie zaskakuje.
Podsumowując, nie polecam. Nic nie stracicie, jak nie obejrzycie tego filmu. No chyba że ktoś jest wielkim fanem Efektu motyla. Jednak drugą część uwazam wręcz za obelgę. Przymierzam się powoli do trzeciej, jednak już się obawiam i zadaje sobie pytanie - czy będzie jeszcze gorzej?
Miłego wieczoru :)
Aria
Cornelia Funke
Atramentowa trylogia:
Atramentowe serce - Atramentowa krew - Atramentowa śmierć



Pierwotna recenzja tej książki zajęła mi gęsto zajęte tekstem trzy strony Worda i jeszcze nie była kompletna, ale nie pochlebiam sobie na tyle, żeby sądzić, że komukolwiek poza mną będzie się chciało czytać tyle tekstu. Cóż jednak zrobić - grube książki, mnóstwo treści i spostrzeżeń, długa recenzja. Jednakże zaprezentuję wersję okrojoną, wybierając najważniejsze i najciekawsze wątki, żebyście tu nie pousypiali próbując przebrnąć przez mój potok słów. Żeby się nie rozdrabniać opisując całą serię, jako że wszystko to ta sama historia, będę mówiła o niej po prostu jako o jednej książce.
Trudno mówić o Atramentowej opowieści bez zarysowania fabuły, które to jednak zarysowanie musiało by odsłonić pewne fakty które w zamierzeniu autorki mają być niespodziankami zaskakującymi czytelnika w trakcie czytania. Z tym zaskoczeniem różnie bywa, ale mimo wszystko, chociażby dlatego, że Aria zamierza czytać serię nie zdradzę ani kawałeczka, przez co moje refleksje nad książką będą jeszcze bardziej okrojone i ograniczone, co wcale wszak nie oznacza, że krótkie. Jedyne co mogę powiedzieć o fabule, to opisać moment w którym książka się rozpoczyna. Mamy noc, deszcz wielkimi kroplami opłakuje los świata. Meggie z okna swojego pokoju zastawionego książkami i zapalonymi świeczkami widzi wpatrującego się w jej dom zza kurtyny deszczu podejrzanego nieznajomego. Chwilę później nieznajomy jest już w domu i rozpoczyna się seria zamian, odkryć i katastrof.
Na pierwszy rzut oka książka wydaje się być opowieścią o niesamowitym acz nieznośnym darze który wyrządził mnóstwo krzywdy, o Maggie, Mo i "Atramentowym sercu". Ale jak szybko czytelnik się zorientuje jest to książka o miłości w bardzo wielu jej aspektach. Od najważniejszej: miłości do książek i miłości między ojcem a córką, przez tęsknotę za własnym krajem, miłością do postaci literackiej, od siebie, do władzy, do kobiety, do ognia, do wolności, swojej pracy, cennych ludzi, syna, córki, śmierci, o pierwszej miłości, drugiej miłości, najgorętszej miłości, trudnej miłości, braku miłości i jeszcze raz do książek. O miłości-nienawiści też jest.
Atramentowe serce samo było dla mnie miłością od pierwszego wejrzenia. Kiedy je zobaczyłam leżało sobie spokojnie na półce mojej mamy i czekało. Z miejsca wiedziałam, że odłożę dla niego wszystkie inne książki które czytam i że będzie dokładanie takie jak bym chciała żeby było. Intuicja mnie nie zawiodła. Jeszcze zanim kończyłam czytać jedną część już miałam wypożyczoną następną. Książka ma całe mnóstwo wad, ale specjalnie mi one nie przeszkadzały. Każda część podobała mi się coraz bardziej, a nad trzecią rozpływałam się już zupełnie. Porwała mnie bajeczność opowieści, subtelny humor, tytuł, nawet okładka no i postacie...
Są nietuzinkowe, bardzo różne od siebie, rozbudowane, niezwykłe i często niejednoznaczne, chociaż podział na dobrych i złych bohaterów jest taki jak podział na białe i czarne. I jakkolwiek wszystkie postacie czarne są czarne, tak postaci czysto białych jest minimalna ilość, raczej są one szare. Nie wyobrażam sobie recenzji tej książki bez co najmniej wspomnienia o dwóch osobach.
Smolipalucha nie można nie kochać, no, chyba że ktoś nie ma ani serca ani wyobraźni. Jest fascynujący od pierwszej sceny w której się pojawia, od pierwszego swojego opisu sprowadzającego się do bycia nieznajomym zza okna. Za co się go kocha? Dokładnie za nic. Co najwyżej za to, że jest - w pełnym tego słowa znaczeniu. Ognisty tancerz to najprawdziwsza w świecie perła, którą kocha się nawet kiedy popełnia największe świństwa i stoi nie po tej stronie co trzeba. Płacze się nad nim kiedy cierpi, z zafascynowaniem ogląda jego pokazy, woła żeby wrócił kiedy odchodzi, niecierpliwie czeka aż wróci i błaga żeby zmiękczył swoje serce kiedy staje się zbyt zamknięty w sobie. Smolipalucha kocha się bez pytania „czemu?" i pomimo nadmiaru jego raniącego introwertyzmu.
Inaczej przedstawia się historia Mo. W pierwszej części nie jest zbytnio zajmujący, ale w drugiej zyskuje nowy odcień osobowości i w trzeciej części jest już nie mniej hipnotyzujący niż Smolipaluch. Rzucałam się od jednego do drugiego nie mogąc zdecydować który lepszy. Za oboma tęskniłam kiedy ich nie było, zupełnie lekceważąc pozostałe postacie. Ostatecznie stwierdziłam, że skoro obaj i tak są już zajęci (xD) to chyba będę bardziej lubiła Mo, bo łatwiej się z nim dogadać, no i w gruncie rzeczy to on jest bohaterem najpiękniejszej sceny w Atramentowej historii, a nawet dwóch najpiękniejszych scen. Nie wspominając o tym, że jest również posiadaczem najpiękniejszego głosu na świecie (Orfeusza z powodów których nie będę tu omawiać, wyłączam z tej klasyfikacji). Chociaż podejrzewam, że kiedy znowu zacznę czytać książkę i ponownie napatoczę się na Smolipalucha to będę jeszcze wiele razy zmieniała zdanie.
Fabuła Atramentowej trylogii wije się niemiłosiernie, bardziej niż wąż i nieznana ścieżka w lesie. Na jednej stronie bohaterzy są o krok od śmierci, dwie strony później ich niedoszli oprawcy leżą martwi, a w kolejnym akapicie bohaterzy są w jeszcze gorszym położeniu niż dwie strony i akapit wcześniej. I tak w kółko. To najprawdziwsza nigdy się nie kończąca opowieść-rzeka. Książka co prawda opowiedziana z bardzo ponurego i pesymistycznego punktu widzenia (mimo mojego uwielbienia dla Atramentowego świata, nigdy nie chciała bym się w nim znaleźć; hm... chociaż gdybym miała zobaczyć Smolipalucha i usłyszeć Mo...) jest pełna uroku, atmosfery i magii. Najbardziej zachwyciła mnie ostatnia część. W moim osobistym słowniku to bardzo barwna opowieść, czyli z rodzaju tych które kocham najbardziej.
Jest kilka rzeczy które zarzucam tej książce, a które nawet momentami doprowadzały mnie na skraj furii, jak chociażby arcyrozrośnięte ego Fenoglia i Elinor. Jednak pomimo tego wiąż nie umiem się nie rozpływać nad Atramentowym sercem i jetem przekonana o jego niesamowitości. Naprawdę piękna książka która z miejsca na swojej półce wskoczyła prosto na półkę mojego serca i wygodnie się na niej usadowiła. To opowieść dla ludzi którzy kochają książki. Podejrzewam, że tylko oni są w stanie w pełni ją docenić.
Abi

Gra Anioła jest drugą opublikowaną w Polsce książką Carlos'a Riuz'a Zafón'a. I tak samo jak i Cień wiatru, została tu mega bestsellerem i króluje aż do dziś w pierwszej dziesiątce książek empiku.
Zafón po raz kolejny zanurza nas w tajemniczym świecie majestatycznej Barcelony. To miasto, po przeczytaniu obu książek tego autora, zaczyna przypominać mi ogromną kawiarnię połączoną w biblioteką. Przyciemniona atmosfera, rozpraszające lekko półmrok żółtawe lampki w staromodnych kloszach, brązowe rzeźbione meble, skrzypiąca podłoga, labirynty regałów z książkami i zapach świeżo parzonej kawy... Taką Zafón stworzył w moich myślach Barcelonę.
Gra Anioła opowiada o młodym dziennikarzu, szef którego prosi go, aby stworzył on coś własnego...
„- Słyszałem, że pan pisze.
Przełknąłem ślinę, a gdy wreszcie otworzyłem usta, wydobył się z nich ledwo słyszalny głosik:
- Troszeczkę, sam nie wiem, to znaczy, chcę powiedzieć, że owszem, pisze...
- Tuszę, iż pisze pan lepiej, niż mówi. A co właściwie pan pisze, jeśli mogę spytać?
- Kryminały. To znaczy...
- Pojmuję.
Trudno opisać spojrzenie, jakim obrzucił mnie don Basilio. Przypuszczam, że okazałby większy entuzjazm, gdybym mu powiedział, że lepię szopki ze świeżego gówna."*
Tak zaczyna się pisarska kariera głównego bohatera. Jednak pisarstwo nie jest jedynie zawodem czy zajęciem dorywczym. Raz obudzone z dna duszy, wpija się w serce, umysł i resztę organów i pragnie zawładnąć całym ciałem swego właściciela.
„Przez całe życie przeświadczony byłem, że zapisywane przeze mnie strony stanowią cząstkę mnie samego. Normalni ludzie wydają na świat dzieci; pisarze wydają książki. Jako pisarze skazani jesteśmy na to, by poświęcić im życie, choćby miały odpłacić nam niewdzięcznością. Na to, by złożyć swoje życie na ich kartach, czasami nawet, by w końcu one nam to życie odebrały."**
Młody pisarz szybko przekonuje się o tym, gdy w jego życiu pojawia się nieznany nikomu wydawca i proponuje fortunę za napisanie książki, której jeszcze nie było...
Mówi się, iż pierwszym stopniem do sukcesu, jest umiejętnie zacząć książkę. Pierwsze zdanie, pierwszy akapit, pierwsza strona - są najważniejszym, co w książce się znajduje. Tak twierdzi teoria. Jedna z wielu teorii.
Gra Anioła rzuca na kolana już pierwszym akapitem. Jest napisany w tak utalentowany i błyskotliwy sposób, że przyćmiewa sobą wszelkie błędy, nieścisłości i niedociągnięcia całej reszty tekstu:
„Pisarz nigdy nie zapomina dnia, w którym po raz pierwszy przyjmuje pieniądze lub pochlebstwo w zamian za opowieść. Nigdy nie zapomina tego momentu, kiedy po raz pierwszy słodka trucizna zaczyna krążyć mu w żyłach, wierząc, że jeżeli zdoła ukryć swój brak talentu, sen o pisarstwie zapewni mu dach nad głową, ciepłą strawę pod wieczór i ziści jego największe marzenie: ujrzy swoje nazwisko wydrukowane na nędznym skrawku papieru, który zapewne go przeżyje. Pisarz skazany jest na wieczne wspominanie tej chwili, bo właśnie wtedy został zgubiony na zawsze, a za jego duszę już wyznaczono cenę."***
Wydawałoby się po przeczytaniu tych słów, że trzymamy w rękach książkę bijącą na głowę Cień wiatru. Niestety tak nie jest. Gra Anioła jest jedną z lepszych książek, jakie w życiu czytałam, jednak nie dorównuję Cieniu wiatru. Nie dorównuje lekko, o kropelkę. Czemu? Zawiodło mnie zakończenie. Było dobre i metaforyczne, jednak takie... zbyt proste. Spodziewałam się wielkiego bum, wstrzymania oddechu i fajerwerków. A otrzymałam zupełnie coś innego. Możliwe, że tylko ja to tak odebrałam, jednak wydaje mi się, że Zafón porwał się z motyką na słońce, wprowadzając pewne pomysły do książki, a gdy przyszło, co do czego i książkę trzeba było skończyć, poszedł na łatwiznę. To byłoby idealne zakończenie dla filmu, jednak nie dla książki.
Pomimo tej krytyki, książkę przeczytać warto. Mimo tej małej wpadki z zakończeniem, Zafón stworzył już drugą książkę, która zyskała w moim sercu miano „ulubiona". Wiele rzeczy nazywa w niej po imieniu, wiele rzeczy można sobie uświadomić, czytając Grę Anioła, wielu rzeczy można się nauczyć i na wiele rzeczy spojrzeć z nowej perspektywy.
Ciekawe jest coś jeszcze. Odkąd nauczyłam się czytać książki, a może i jeszcze wcześniej, nie znoszę książek pisanych od pierwszej osoby. Wolę narratora w trzeciej osobie, jednak, gdy książka jest pisana od siebie, wolę odłożyć ją jak najdalej.
To, że Gra Anioła jest pisana od pierwszej osoby, zauważyłam dopiero na pięćset którejś stronie...
To właśnie jest magia pierwszego akapitu. Jeszcze raz to powiem, początek książki jest mistrzowski, w żadnej innej książce nie widziałam czegoś, co by temu początkowi mogło dorównać. Być może dlatego zakończenie wydało mi się słabe, początek po prostu postawił zbyt wysoką poprzeczkę.
Tą książkę polecam każdemu, ponieważ warto czytać książki, mające dusze...
„Książki mają duszę, duszę tych, którzy je piszą, tych, którzy je czytają i którzy o nich marzą..." ****
_______________________________________
Cytaty pochodzą z - Carlos Ruiz Zafon Gra Anioła, Warszawa 2008
*str. 11
**str. 424
***str. 9
****str. 463
Czas na instrukcję obsługi bloga. Jak go czytać, z jakiej strony, jaką herbatką popijać i z czym jeść :)
Jak już wiecie, będziemy tu umieszczać recenzje wszystkiego, co zrecenzować się da. Ale nie tylko.
Ha! A myśleliście, że tylko na recenzje nas stać? Kochani, nam tylko dajcie mówić (pisać), a potrzebne będzie wojsko, by nas uciszyć ;)
Jak już zapewne zauważyliście, używamy z Abi dwóch różnych kolorów, dzięki czemu łatwo możecie poznać, która z nas, co napisała.
Błękitny - Aria.
Fioletowy - Abi.
Teraz kolej na kategorie. Widzicie je na górze tuż pod tą wielką księgą.
A&A - notki organizacyjne, jak na przykład ta, którą właśnie czytacie.
Anime - recenzje anime.
Film - analogicznie recenzje filmu.
Król i błazen - notki w tej kategorii będziemy publikować raz na miesiąc. Każda z nas wytypuje książkowego króla i błazna miesiąca, czyli dwie pozycje książkowe, jedną, która jest istnym dziełem, cudem i żyć bez niej nie można, a druga, którą należy jak najszybciej odłożyć. Oczywiście może zaistnieć sytuacja, że owej notki zabraknie, bo nie możemy na siłę mieszać czegoś z błotem, bądź wynosić na niebiosa. Ale postaramy się o wzorową frekwencje tej kategorii.
Książka - kategoria, będąca osią, centrum i sensem istnienia owego bloga - recenzje książek
Poezja nie gryzie - Jak powszechnie wiadomo, wielu z nas nie przepada za poezją. Dlatego też tworzymy ten dział. Raz na tydzień postaramy się przedstawić wam jeden wiersz, który nas urzekł. Spokojnie, nie jesteśmy ogromnymi fanki słów rymowanych i białych, dlatego też wiersze, które będziemy wam przedstawiać, będą iście wyjątkowe. Myślę, że trafią do waszych serc, skoro trafiły do naszych.
Przegląd nowości - Nie każdy ma czas chodzić do empiku i rozglądać się za tym, co nowe. Ale każdy chciałby wiedzieć, co obecnie w świecie się czyta. My również czasu na częste odwiedzanie księgarni nie mamy, jednak to robimy (ach, to bibliofilstwo). Dlatego też postaramy się raz w miesiącu opublikować dla was sprawozdanie z rynku książkowego - przed czym świat pada na kolana, dlaczego i po co; co ciekawego ma niedługo zaświecić nowiutką okładką na półkach; co przereklamowano, a co w ogóle nie zareklamowano. Oczywiście nie znaczy to, że wszystkie te książki, umieszczone w przeglądzie nowości, będziemy miały już przeczytane. Jesteśmy obie studentkami, córkami, siostrami i ludźmi, a przede wszystkim dziewczynami. Trudno w to uwierzyć, ale czasem robimy coś oprócz czytania :P Jednak warto wiedzieć to i owo, dlatego też stworzyłyśmy tą kategorię.
Ratując literaturę piękną - Lektury szkolne odstraszają i budzą alergie na samo słowo 'lektura obowiązkowa'. My spróbujemy wynaleźć lek na ten lęk. Owszem, współczesny kanon lektur jest niczym nagrobek, przy którym można usiąść i zapłakać się na śmierć, ewentualnie położyć wieniec, bądź zapalić znicz. Jednak są książki, które urzekają i które dzieci czytałyby z przyjemnością, gdyby nie słowo 'musisz to przeczytać'. Człowiek już taki jest, że jak coś musi, to mu się od razu odechciewa.
Dlatego też A&A zamierza zawalczyć z tym stereotypem. Co jakiś bliżej nie określony czas będziemy tu umieszczać parę słów o tej bądź innej książce z literatury pięknej. Proszę się nie obawiać, nikogo nie zmuszamy do czytania, jedynie zachęcamy. I zachęcamy do takich książek, które same nas urzekły. Zapewniam wszystkich z ręką na sercu, A&A nie pracuje na Giertycha!
Sylwetka twórcy - Każda z nas ma pisarzy, u stóp których złożyła swoje serce i bezsenne noce w ofierze. W tej kategorii pragniemy opowiedzieć wam o nich, o ich życiu i twórczości. Zdarzyć się może, że jeden pisarz pojawi się w owej kategorii dwa razy, bowiem w duszy każdej z nas zajął on wyjątkowe miejsce, to jednak nie powinno być problemem. Pamiętajcie, mimo to, iż obie mamy pseudonimy na "A", to jesteśmy bardzo różnymi osobami, mamy różne temperamenty i charaktery, co świadczy o tym, że nasze opinie także będą różne. Jest to na waszą korzyść, bowiem zobaczycie jednego pisarza oczami dwóch osób.
Nie wykluczone, że z czasem pojawią się jakieś nowe kategorie, o których czym prędzej was poinformujemy. Czas pędzi, a w głowie pojawiają się coraz to nowsze pomysły. A jeżeli ktoś z was będzie również miał jakiś pomysł na kategorię, zachce polecić nam jakąś książkę, bądź poprosi o recenzję jakiegoś dzieła, z chęcią wysłuchamy i zrobimy wszystko, by wasze życzenia spełnić.
Złote rybki A&A życzą miłego dnia/nocy (niepotrzebne skreślić)

Umberto Eco uważa, że "kto czyta książki, żyje podwójnie". Cycero wtóruje mu, mówiąc: "ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać". Lew Tołstoj twierdzi, że „można być mądrym nie przeczytawszy ani jednej książki; wierząc zaś we wszystko, co jest napisane w książkach, nie można nie być głupcem." A Carlos Ruiz Zafón pisze - „książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie."
A my możemy zgadzać się z nimi, bądź im przeczyć. Jednak nie zaprzeczymy jednemu faktowi - książki są jedną z ważniejszych części naszego życia. Dlatego powstał ten blog. Z miłości do książek. A każda miłość ma swoją historię...

Historia Abi
Książki... Dlaczego je lubię? Uwielbiam? Kocham?
Można by powiedzieć, że dostałam to w genach, można, że nauczono w procesie wychowania, wymusiło to na mnie życie, albo - że po prostu się z nimi zaprzyjaźniłam. Jedno z moich imion dostałam po bohaterce książki - czarnej kotce. Jak się okazuje - zupełnie przypadkiem! - ta sama książka stała się później pierwszą moją książką w życiu którą przeczytałam w pełni samodzielnie. Do dzisiaj po równo kocham i koty i książki. „Mio mój mio" - pierwsza książka którą z pomocą rodziców sama zaczęłam czytać; „O chłopcu który szukał domu" - pierwsza jaką w pełni przeczytałam sama. Chyba po prostu uwielbiam oglądać przez nie innych ludzi.
Można by to też określić mniej więcej tak...
Urzekł mnie świat książek. Urzekł i rozkochał w sobie na zawsze od pierwszej chwili kiedy nauczono mnie klucza do jego wnętrza. Mój dzień wypełniały myśli o tym jak wyrwać się ze zwyczajowych obowiązków życia i zatopić się w szepcie druku. Druku? Nie... to zbyt lakoniczne, puste. Raczej w setkach myśli, słów, obrazów, przeżyć. Żyjąc książkami przeżywałam setki innych żyć, zdobywałam doświadczenie równe emerytom jeszcze w najmłodszej młodości. Czasem chciałam utonąć w książkach, a one wołały. Wołały cichym szeptem wprost do serca, delikatną pieśnią obmywającą umysł, zniewalającą myśli. Półki, a potem cały pokój zapełniał się książkami. Aż w końcu przyszedł ten dzień, Dzień Prawdy, który powiedział mi, że książki to złuda i omamy. Są jak legenda, tkwi w nich tylko ziarno życia, reszta to wabiące barwami obrazki, opakowanie życia nie pomagające w przejściu przez nie. Całą noc płakałam. Przez tydzień nienawidziłam tych papierowych oszustów o pełnym złudy, słodkim głosie. Po tygodniu ze łzami w oczach wróciłam do moich ukochanych znacząc ich biało czarne, wypełnione uczuciami i barwnymi obrazami karty słonymi kroplami smutku. Nie przeprosiły, nie powiedziały, że żałują. Małe obłudnice znowu zaczęły mi pokazywać jakie są wspaniałe, że trzeba je kochać, inaczej się nie da. Łzy smutku po kilu godzinach przerodziły się w łzy przemęczenia, ale nie chciałam się od nich oderwać. Jednak są piękne... takie bezwartościowe, niepraktyczne. Jak salonowe pieski. Niby prawdziwe, słodko kłamiące, ale kiedy życie zagląda ci w oczy myślą tylko o tym jak ratować swoją piękną, sztuczną skórę. Nie da się ich nie kochać, nie da nienawidzić.
Słowa w obliczu rzeczywistości są niczym, ale w obliczu egzystencji są ucieczką, zapomnieniem i wszystkim. Nie tylko ludzie odbierają i łamią serca.

Historia Arii
Książki zawsze były ze mną... Odkąd pamiętam czytano mi godzinami. Mama, babcia i dziadek czytali mi stosy książek, a ja wciąż chciałam więcej. Zaprzyjaźniłam się z książką nim zaczęłam chodzić...
Gdy miałam 4 latka, moja mama poszła na studia i każdą przeczytaną tam książkę, która ją poruszyła, opowiadała mi, uproszczając i cenzurując ją oczywiście. Przez to teraz czytając coś z literatury rosyjskiej, co według mnie czytam po raz pierwszy, uzmysławiam sobie po pewnym czasie, że ja przecież znam tą historię!
Pierwszą książką, którą przeczytałam sama i z zainteresowaniem (bo do czytania zaczęto mnie nakłaniać już od piątego roku życia, tylko książki, które mi podsuwano niestety do gustu mi nie przypadały i broniłam się przed nimi rękami i nogami), podsunęła mi sąsiadka. Jej syn połknął tę książkę z apetytem, więc pomyślała, że i mi się spodoba. Nie pomyliła się. Domowik Kuzia Tatiany Aleksandrowej wciągnął mnie momentalnie.
Od tamtego czasu wymieniłam słuchanie książek na czytanie ich. Jedną za drugą. Zostałam częstym gościem biblioteki.
Książki stały się nieodłączną częścią mojego życia. Jak powietrze. Niestety wszystko zawsze się kończy. Skończyło się i moje oddychanie książkami kiedy miałam prawie 12 lat.
Przeprowadziłam się do Polski. Po rozpaczliwej próbie przeczytania Ani z Zielonego Wzgórza, powiedziałam książkom w języku polskim twarde „nie", a rosyjskich książek nie miałam.
Jednak asertywność moja nie przetrwała dłużej niż kilka miesięcy, a i z językiem obcego kraju zaczęłam się przyjaźnić coraz bardziej. A to, co bliskie sercu, bliskie mu pozostanie na zawsze.
I tak się stało, że pewnego dnia zbłądziłam do biblioteki i zapisałam się tam. I znów zaczęłam spędzać coraz więcej czasu z książkami. Z początku to była zwyczajna szmira, gdyż moja znajomość języka broniła się zaciekle przed literaturą piękną o skomplikowanym słownictwie.
W pierwszej gimnazjum kazano nam przeczytać Krzyżaków. Dla mnie wtedy to było niestety nie do przejścia z powodu bariery językowej. Koleżanka załatwiła mi z biblioteki dla niewidzących tą książkę nagraną na kasety. Przez masę godzin słuchałam i coraz bardziej kochałam Sienkiewicza. Po tej przygodzie język polski podskoczył znacznie w mojej głowie i już nie miałam z nim większych problemów. Znów czytałam wszystko. Polonistka zachwycała się, że czytam jako jedna z nielicznych wszystkie lektury. Znów byłam sobą...
Kilka lat temu odkryłam, że proces czytania można także odwrócić i zaczęłam się bawić w pisarza. Przed maturą do moich rąk trafiły Opowieści z Narnii. Świat, do którego zaprowadził mnie Lewis, na zawsze już pozostał w mojej duszy, a sam jego twórca został mianowany moim ulubionym pisarzem. Narnia zachwyciła mnie tak bardzo, że zapragnęłam stworzyć swój własny świat. Tak powstała Armandia. Od tamtej pory książki otworzyły się dla mnie z zupełnie innej strony. Czytając, już nie patrzyłam na nie jedynie oczami czytelnika, lecz także oczami pisarza. Widziałam, gdzie autor naciągnął sytuacje, a gdzie zaczął zabawę z czytelnikiem, gdzie dał za wygraną, a gdzie pozostawił haczyk dla następnej części.
Zawsze jednak wyciągałam z książek miąższ, nigdy do samej książki się nie przywiązując. Jedna, druga, trzecia. Tak jakby świat miał za chwilę spłonąć. Ten niedosyt i szybka pogoń za słowem pisanym zatrzymały się w chwili, gdy zobaczyłam na półce księgarni Cień wiatru Carlos'a Ruiz'a Zafóna. Nie tytuł, nie treść, a okładka przyciągnęła mnie do siebie niczym magnes. Jakby książka mnie do siebie wołała. Gdy przeczytałam tytuł, wydał mi się najpiękniejszy na świecie, gdy przeczytałam opis z tyłu, zdawało się, że już niczego bardziej nie pragnę niż przeczytać tą książkę. I nie tylko przeczytać, a mieć ją tylko dla siebie. Niczym zazdrosny kochanek, wyciągnęłam po Cień wiatru swoje ręce i już się z nim nie rozstałam.
Tak narodziło się we mnie pragnienie posiadania książek. Cień wiatru był także pierwszą książką, którą przytuliłam do siebie i usłyszałam szept jej duszy.
Tak, książki mają dusze. Są żywe, żywsze od ludzi, bowiem ludzie umierają, a książki nigdy. Dzięki książkom można cofnąć się w czasie, wybiec w daleką przyszłość, zanurzyć się w czyimś śnie bądź duszy, poznać człowieka od środka i ujrzeć najdalsze kawałki świata. A przede wszystkim w książce można zobaczyć własne odbicie.


A&A
piątek, 12 marca 2010
Licznik odwiedzin: 31341
| « kwiecień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | ||
| 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | 30 | |||
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

"Bo A&A jest utkane z optymizmu i kolorów barwnej rzeczywistości!"
Zapraszamy serdecznie do korespondencji z nami:
abi.aria@wp.pl
gg Abi - 8016528
gg Arii - 3274919