
"- Byłoby miło, gdybyś mogła przyjechać do Japonii - powiedziała. Niezamierzona ambiwalencja tych miłych słów kazała mi poszukać ukrytego w nich znaczenia. Niewłaściwa konstrukcja gramatyczna, jakiej Chizuko użyła, witając mnie swoim niedoskonałym angielskim, była bez wątpienia przypadkowa, ale czaił się w niej pierwotny sens. Ta czarnowłosa kobieta, wyglądająca jak personifikacja zachodnich marzeń erotycznych na temat Wschodu, w pierwszym zdaniu powiedziała mi bowiem, że tak naprawdę nigdy nie uda mi się przyjechać do Japonii, mimo iż byłoby miło, gdybym mogła; że jestem obca i cokolwiek zrobię, taka pozostanę. "Gaijinka" na zawsze "nie stąd", skazana na niespełnialne marzenie o kraju, w którym mieszka Słońce."
Nie wiem kiedy pokochałam Japonię. Nie umiem nikomu, kto mnie o to pyta, wytłumaczyć dokładnie dlaczego właśnie Japonia i od czego to się zaczęło. Nie, nie uległam ogólnej modzie kochania się w tym kraju. Po prostu pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że noszę w sobie miłość do tego miejsca, kultury, języka i ludzi...
Nagle z każdej strony świat zaczął malutkimi szpileczkami atakować mnie subtelną informacją o Japonii. Małe, nic zdawałoby się nieznaczące wzmianki pozostawały we mnie i nagle odkryłam, że wykiełkowały.
Pewnego dnia stwierdziłam, że chcę przeczytać jakąś książkę, napisaną przez japońskiego pisarza. Zaczęły się poszukiwania, ściągania list lektur japonistyki itp, itd. Tak właśnie trafiłam na Haruki Murakami. Przez zupełny przypadek. Przeczytałam recenzję jednej z jego książek, a potem trafiłam na nią w księgarni i...
I nagle otworzył się przede mną zupełnie inny świat. Świat innych słów, innego myślenia, estetyki i kolorystyki. To tak, jakbym nagle odkryła nowe okno i po raz pierwszy przez nie wyjrzała. A widok ten fascynuje mnie do dziś...
Miłość do Japonii przyszła nagle i niespodziewanie. Kto wie, może tak samo niespodziewanie pewnego dnia zniknie...
Japoński wachlarz to książka, którą polecam każdemu. Każdemu, kto interesuje się Japonią, chce ją zwiedzić, czyta japońską literaturę czy po prostu ogląda anime. To nie jest jakaś fachowa książka opowiadająca o filozofii i kulturze Japonii. To subiektywne sprawozdanie kobiety, która mieszkała w Kraju Kwitnącej Wiśni dwa lata i zobaczyła to samo, co my byśmy mogli zobaczyć, gdybyśmy zdecydowali się na podróż tam.
Japoński wachlarz na wiele spraw otwiera oczy. Wiele rzeczy z anime czy książek japońskich autorów stała się dla mnie jasna i zrozumiała. Wielu rzeczy wciąż nie rozumiem i nigdy nie pojmę. Bo z Japonią tak już jest, że trzeba chcieć, by ją zrozumieć, a i tak pojmie się tylko jedną setną. Kpiąc i patrząc krytycznie przez pryzmat własnej kultury, zobaczy się w Japonii tylko kicz.
Warto sięgnąć po książkę pani Bator choćby dla tego, żeby ją przejrzeć. Wiele tłumaczy i wyjaśnia. Czemu Japończycy rysują sobie mapki w Tokio, a nie mówią po prostu adresu swojego domu? Dlaczego kochają koraoke? Czemu nawet pary z wieloletnim małżeńskim stażem chodzą razem do hoteli miłości? Czemu każdy obcokrajowiec, który przyjeżdża z cywilizowanego zachodu, wychodzi z japońskiego WC okryty wstydem? Czemu do Japońskiego domu nie wolno wejść w butach? I czemu postacie z anime wyglądają tak, a nie inaczej?
Zaledwie po 270 stronach Japońskiego wachlarzu zaczęłam rozumieć rzeczy, które przedtem były dla dziwne. Nagle zobaczyłam masę rzeczy, na które w ogóle nie zwracałam uwagi. Czasami niezrozumienie jest niewiedzą...
Japonia to zupełnie inny kraj niż Europa. Niektórzy mówią, że Japończycy to zboczeńcy. Mówią tak przez pryzmat własnej kultury. Bo my mamy chrześcijaństwo i wiekowe zasady. Mamy swoje ramki i wyraźny podział pomiędzy dobrem a złem.
A teraz wyobraźcie sobie kraj, gdzie nikt nigdy nie powiedział, że seks może być grzechem i czymś złym. Jak myślicie, jak wygląda? Otóż Japonia nie jest jedną wielką orgią, nie. W Japonii kochankowie na ulicy nie trzymają się za ręce, a na przywitanie nie dają sobie buziaka nawet w policzek. Ładnie wygląda ów kontrast przy chrześcijańskiej Europie, prawda?
W Japonii seks nie jest niczym złym, jednak z tym nie należy się obnosić. To, co dzieje się między dwojgiem ludzi, to ich prywatna sprawa i nikt o tym nie krzyczy na prawo i lewo. No ale przecież nie będę opowiadać wam tu całej książki. Zachęcam do lektury, wiele wyjaśnia.
"Byłam na końcu świata, wśród obcych kobiet i wychowanych w odmiennej kulturze - i byłam u siebie. "Czujesz, jak się rozprostowuje twoja dusza?", spytała Yume i wyobraziłam sobie, że moja dusza wygląda jak suszony kwiat wiśni wrzucony do ciepłej wody, w której pod wpływem wilgoci pognieciony, bezkształtny pokurcz na nowo odzyskuje kształt".
Japonii trzeba czasem zaufać, a wtedy ona pokaże swoje piękno nawet tym obcym...
"Romans po japońsku oznacza trzy dni wspólnego szczęścia, trzydzieści lat cierpienia i samobójstwo pod kwitnącą wiśnią".
To zdanie jest niesamowite. Co prawda komukolwiek bym je nie zacytowała, wszyscy traktują je jak dowcip o Japonii i zaczynają się śmiać. Ale jeżeli podejść do niego poważnie, można uchwycić na krótką chwilę sens tego kraju.
"Mąż powinien być zdrowy i nieobecny", żartują Japonki, a męża-emeryta pieszczotliwie nazywają "wielkim śmieciem"".
...;)
Aria
________________________________________
Wszystkie cytaty napisane kursywą pochodzą z: Joanna Bator Japoński wachlarz, Warszawa 2004

Wichrowe wzgórza
Emily Jane Brontë

Już sięgając po tę książkę, wiedziałam, że będzie niezła. Ale nie sądziłam, że kończąc ją, uznam ją za najlepszą. Ten kto powiedział, że Wichrowe wzgórza to romans i powieść o miłości, albo w ogóle ich nie czytał, albo nie dostawało mu rozumu. Co to za romans w którym ukochana umiera przed połową książki? Błagam, ludzie, myślcie czasami!

Wichrowe wzgórza to historia dwóch pokoleń do której punktem zapalnym była osoba Heathcliffa - jego zły charakter, miłość do Katarzyny, a później zemsta. Tak w ogólności. Przez powszechnie powtarzane przekonanie, że Wichrowe wzgórza to opowieść o wielkiej miłości Heathcliffa i Katy bardzo długo nie czytałam tej książki, choć jako powieść z XIX wieku, pisana przez kobietę i zaliczana do klasyki literatury angielskiej, normalnie byłaby na pierwszym miejscu moich zainteresowań czytelniczych. Pokusiłam się o przeczytanie tej książki dopiero kiedy doszły mnie słuchy, że nie tylko miłość błąka się po kartach tej książki, ale i można uświadczyć innych, nieco bardziej ambitniejszych motywów literackich.

Co więc poza romansem głównych bohaterów można odnaleźć? Sam romans - pokazany niezwykle oryginalnie, dziwny, skomplikowany, wielki. Czarny i nieśmiertelny, destrukcyjny dla samych zainteresowanych i wszystkich pobocznych. Ale Wichrowe wzgórza to dramat, nie romans. Nie ma tu miejsca na słodkość, uprzejmość i ogładę. Jeżeli tylko takowe ludzkie zachowania próbują zaiskrzyć, zawsze w odpowiednim momencie pojawi się Heathcliff i wszystko pomalutku zniszczy. Tu, na wietrznych rozległych rozsłonecznionych wrzosowiskach, po cichu niezauważalnie przez innych ludzi wszystko najpierw wybucha miłością głównych bohaterów, a potem rozchodzi się grzyb poatomowy ich charakterów i wszystko w zasięgu promieni letniego słońca zaczyna powoli więdnąć. Każdy bohater pomalutku umiera i choć wtedy zawsze zastępuje go jakaś inna postać, tak że ilość bohaterów utrzymuje się na poziomie siedmiu, sześciu, to do końca książki pozostaje ich tylko dwoje. Długo myślałam, że Wichrowe wzgórza są opowieścią o wyrządzonej krzywdzie i zemście za nią. Dopiero przy jej końcu zorientowałam, że się to coś więcej. To wspaniale uknuta przez autorkę intryga łącząca dwa pokolenia w której prawie wszyscy kończą mniej lub bardziej tragicznie, a losy bohaterów zupełnie niezauważalnie tak się zapętlają, że aż miała ochotę bić Emily brawa.

Powieść jest zdumiewająco brutalna. I nie mam tu bynajmniej na myśli owego czarnego romansu Heathcliffa i Katarzyny. Ich zabójcze uczucie to pestka przy tym co się wyprawiało w posiadłości Wichrowych Wzgórz. Wszystko opisane zostało bardzo wyraźnie, a co najmniej mocno zasugerowano o co chodzi, ale choć jest brutalnie, mrocznie a momentami okrutnie, książka pozbawiona jest współczesnej dzikości i braku umiaru. Choć wydaje się, że w Wichrowych wzgórzach robiło się już wszystko, a krew spłynęła gęsto i obficie, mam wrażenie, że jednak autorka wyznaczyła w tym wszystkim pewne granice, których nie przekroczyła, a które współcześni autorzy powieści przekraczają zawsze, wszędzie, na wyścigi i ile tylko można. Dlatego chwała Emily Brontë, że umiała tak posłużyć się obrazami, sugestiami i słowem, żeby pokazać to co ma być pokazane i co ma zbudować atmosferę, iście gotycką, i na tym się zatrzymała, nie bawiąc się w kata swoich bohaterów.

Wszystkie postacie są tu bardzo zindywidualizowane, wyraziste i wielowymiarowe. Coś wspaniałego! Nawet narrator nie jest jednoznaczny - trzeba by się dłużej zastanowić, żeby odpowiedzieć na pytanie kto tu właściwie nim jest. Takie szkatułkowe budowanie narracji to czysta rozkosz dla mojego humanistycznego umysłu. O tak, pławiłam się w tej książce jak najszczęśliwsza kaczka w stawie. Czy polecam? Najserdeczniej - każdemu! Choć...

...akcja książki jak przystało na tamte czasy toczy się dosyć powoli. I może to moje lenistwo, a może przyzwyczajenie do tego, że wszystko w życiu dzieje się szybko spowodowały, że niełatwo było mi się dopatrzyć w opowieści tych uczuć bohaterów, które ponoć między nimi były. A akcja filmów, choćby ekranizacji nawet najnudniejszych powieści, zawsze robiona jest tak, że toczy się wartko i barwnie, często kosztem fabuły. Ale mimo to kiedy brakło mi już cierpliwości i chciałam ubarwić sobie kolory mojej wyobraźni, obejrzałam ekranizację, dwie naraz za jednym zamachem. A oto wnioski z refleksji:
Wichrowe wzgórza [1992]

Nie bez powodu ekranizacja uważana za najlepszą spośród wszystkich. Głównie, a może tylko ze względu na postacie Katarzyny i Heathcliffa, granych przez Juliette Binoche i Ralpha Fiennesa i zagranych wspaniale - tak, że lepiej już by się nie dało. Niestety, reszta filmu zupełnie nie dorównuje tej dwójce. Wątek miłosny wyolbrzymiono do nieprawdopodobnych wprost rozmiarów, tym samym tłamsząc wszystkie inne. Najbardziej zgrzytałam zębami na tak po macoszemu potraktowaną historię Isabeli Linton - w książce długą i szeroką, tu skwitowaną jedną sceną, beznadzieją i nawet nie znajdującego logicznego uzasadnienia z pozostałą częścią filmowej fabuły. Byłam tak zrezygnowana i zdegustowana po tym wykręceniu się sianem przez twórców, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, iż redukując wątek Lintona do dwóch, trzech scen, obcięli niemal pół akcji książki.
Pozostawało pocieszać się postaciami - przemiłą i rozgarniętą Nelly, która była tu zdecydowanie za ładna i odpowiednio ciapowatym, gburowatym i schamiałym, uroczym Haretonem.
Niepomna na nagromadzenie różnorakich ckliwych, nieco trącących kiczem scen i zagubienia większości fabuły wraz z charakterami postaci pomniejszych, przyznaję rację tym którzy mówią, że to najlepsza ekranizacja. Katy i Heathcliff są postaciami oddanymi doprawdy wspaniale, a to, że jedna aktorka zagrała role i matki i córki, robi uderzająco dobre wrażenie, tym bardziej, że gra aktorki i tu i tu jest równie wyśmienita.
Wichrowe wzgórza [1998]

Tu mamy film nowszy, zrealizowany bardzo poprawnie, z doliterową niemalże starannością i nic ponadto. Akcja jest tu dłuższa, w dużej mierze nie rozbija się na zamykaniu różnych wątków w pojedynczych scenach, ale zupełnie brak jej atmosfery książki, a aktorom jakby naturalności. Najbardziej przykra jest postać Heathcliffa. Mattew Macfadyen zdecydowanie nie został stworzony do odgrywania roli przystojnych gburów i skończonych chamów i choć starał się jak mógł, zdecydowanie bardziej do jego twarzy pasuje radosnych uśmiech niż ponure spojrzenie. Niemal wszystkie postacie są tu nieco sztywnawe, a już na pewno kiedy porówna się je do filmu z roku 92. Jedne co się tu naprawdę udało to Edgar Linton. Jest właściwie dokładnie taki jakiego go sobie wyobraziłam czytając książkę, idealnie taki jaki być powinien.
Ale i tak, najpierw powinno przeczytać się książkę.
A morał? Nie zadzieraj z melancholikiem - zniszczy ciebie, twoje dzieci i wszystko w promieniu swojego zasięgu. Nie będzie się z tym śpieszył, ale dopracuje plan w najdrobniejszych szczegółach. Strzeż się :P

Czytane przy : Carlos Ruiz Zafón - THE ANGEL'S GAME
Charlotte Bronte
Dziwne Losy Jane Eyre
[1847]

- Co to za książka?
- To piękna opowieść o wielkiej miłości.
Skrzywiłam się lekko i już chciałam odstawić wyjęty tom na półkę, bo przecież nie będę czytać romansidła, gdy tytuł wydał mi się nagle bardzo znajomy.
No tak! „Jane Eyre" - klasyka światowa...
Przejrzę ją sobie, postanowiłam, z dziesięć stron przeczytać mogę.
Oderwałam się od książki, gdy została ona otwarta na stronie setnej...

„Dziwne Losy Jane Eyre". Doprawdy, czemu Polsce tak właśnie nazwano tę książkę? Losy bohaterki nie są dziwne. Nie! Są piękne, niesamowite, a także tragiczne... Ale czy dziwne?
Jane Eyre jest bohaterką idealną. Oddana Bogu i ludziom, postępująca zawsze tak, jak należy... Nie lubię idealnych bohaterów, są dla mnie sztuczni. Ale nie Jane. Jej życiowa postawa nie była sztuczna, bo wraz z nią, dzięki tej książce, przeszłam przez jej dzieciństwo i czasy młodości. Widziałam, jak los wykuwa jej duszę. I wyszła doprawdy piękna.
Kiedy zaczynałam czytać „Jane Eyre", myślałam, że jest to powieść społeczno-obyczajowa. Ale nigdy bym nie pomyślała, że znajdę tam gotyckie elementy. Piękne obrazy, przerażające postanie, niespodziewane wydarzenia i zaskakujące zwroty akcji. Część z nich dało się przewidzieć dzięki temu, że żyjemy w czasach, gdy schemat zapanował nad literaturą. Lecz kilka scen wprawiło mnie w osłupienie i czytałam dalej z otwartymi ze zdziwienia ustami.
Tak... Przez tę książkę nie mogłam się skupić, nie chciałam spać, pewnej nocy nawet bałam się spać, płakałam, myślałam, próbowałam przewidywać. A i tak zakończenie wydało mi się niezrównane.

Tu każda postać zasługuje na uwagę. Nie ma tu postaci białych i czarnych. Tak jakby pisarka tworzyła na podstawie prawdziwych wydarzeń. Częściowo, owszem, ale nie w całości.
Postacie... Jakże ja się w nich zakochałam! We wspaniałej Jane, którą tak bardzo chciałam przytulić. W żywej i wesołej Adelii, której miałam ochotę pogrozić palcem. W Edwardzie Rochesterze, którego to nienawidziłam, to uwielbiałam, to podziwiałam, to znów nie lubiłam. W cygance - postać epizodyczna, za to jaka postać! Niech wszystkie postacie epizodycznie będą takie jak ona!
Ach i St. John! Ta postać wydaje mi się najbardziej fascynująca ze wszystkich. Możliwe, że gdy pozna się jej wszystkie losy, to fascynuje już mniej, lecz na początku... To surowe podejście do życia i zapatrzenie w sprawy boskie. Chętnie bym o nim jeszcze poczytała, o jego dzieciństwie i młodości. Niestety, nie jest mi to dane. Cóż, zadowolę się tym, co mam.

Dawno nie połykałam książek z taką zachłannością. Miałam wrażenia, że literki spływają mi kącików ust. Piękny kawałek dobrej literatury. I nie jest to romans. Występuje tam wątek miłosny, lecz jaki! Gdyby w książkach przedstawiano właśnie taką miłość, byłabym teraz fanką romansów. Lecz taka miłość zdarza się raz na sto lat... Cieszę się, że dane mi było przeczytać o niej.
- I jak? Podobała ci się książka?
- To piękna opowieść o wielkiej miłości...
________________________________________________
Autorem zamieszczonych ilustracji jest F. H. Townsend (1868-1920)
Aria
Coraline
[2009]

Pierwsze miejsce - muzyka!
Drugie miejsce - kot!
Trzecie miejsce - przesłanie!
Uroczy twór komputerowy o oklepanej fabule lecz przedstawionej w nieoklepany sposób. I dla tych młodszych, i dla tych starszych. Dla młodszych, by po raz kolejny przypomnieć, że rodzice są tylko jedni i jacy by oni nie byli, zawsze należy ich kochać. A dla starszych, by zachwycić muzyką od samego początku oraz wyrwać na półtorej godziny z rzeczywistości.
Po kolei:
Miejsce pierwsze - Zapewne, gdyby nie muzyka, ten film nie wywarłby na mnie takiego wrażenia. Jest delikatna, magiczna i baśniowa. Pobudza wyobraźnię samą sobą. To film leci w tle, a nie muzyka.
Miejsce drugie - Jaki ten kot ma głos... Bellissima! A oczy? !!! Takiego kota chciałabym mieć! (to zdanie chyba mówi samo za siebie, więc nie będę kontynuować mego zachwytu).
Miejsce trzecie - Przesłanie tego filmu jest zawsze na miejscu. Kochaj rodzica swego, bo nie możesz mieć innego, a jeżeli możesz, to tylko gorszego.
Kiedy na samym początku zobaczyłam ojca Coraliny, powiedziałam do brata - „Będziesz dużo siedział przy komputerze, będziesz taki sam." Dość aktualne pouczenie dla wszystkich fanów ery komputerowej.
Na tym kończę. Co dwie recenzję to nie jedna, ale nie chcę się powtarzać. Polecam ;) Oglądajcie razem ze swoimi pociechami, bo film wcale nie jest straszny i mroczny, bynajmniej ja tak sądzę. ^^

Wesołej resztki przerwy świątecznej,
Aria
Avatar
[2009]
![]()
Dawno już nie widziałam tak dobrego filmu jak ten... I wątpię czy na sali była chociaż jedna osoba, która wyszła z kina niezadowolona. A widownia była doprawy różnorodna, od dzieci po osoby dorosłe.
O czym jest Avatar? Gdy się wchodzi, do kina, można odpowiedzieć na to pytanie niemal szablonowo - fantastyka, kosmici, najnowsze osiągnięcia techniki, starcie z ludźmi... Brzmi znajomo? Owszem. Ale! Kiedy się z kina wychodzi, w kilku słowach nie da się opisać o czym jest ten film. Bo jest on o życiu, o miłości własnej, do bliźniego, do narodu, do obcych, do przyrody, do własnego zawodu, o komunikacji międzykulturowej, o zrozumieniu i o niezrozumieniu także. Opowiada o polityce, zachłanności i głupocie oraz o oddaniu, wyborze i poświęceniu. O tym i o wielu innych rzeczach i nie można oglądać ten film nie widząc tych wszystkich płaszczyzn.
Ale przede wszystkim Avatar jest filmem pięknym. Kolorystyka, obrazy i pejzaże zapierają dech w piersiach. Las w dzień i las nocą. Jego mieszkańcy: owady, zwierzęta, ptaki i rośliny. Wszystko jest niesamowicie piękne, pomysłowe i zachwycające. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.
Sama rasa Na'vi zamieszkująca ten las jest bardzo fascynująca. Od wyglądu, poprzez obyczaje i tradycje, aż po filozofię życiową. Ich kontakt z przyrodą, miłość do niej przedstawiona jest przepięknie. I sposób w jaki się modlą... Kultura Na'vi w ciągu tych kilku godzin została ukazana w całej swej różnobarwności. Jest tak bogata i fascynująca, że aż żal, że film nie powstał na podstawie jakiejś książki, bo rzuciłabym się na nią od razu.
Chyba najbardziej zauroczył mnie sposób, w jaki oni jeżdżą konno. Ale nic dokładnie wam nie powiem, musicie sami ten film obejrzeć.
Odczułam lekki niedosyt jeżeli chodzi o głównego bohatera. Odniosłam takie wrażenie jakby wycięto kawałek filmu i trochę oskubano przeżycia wewnętrzne. Zmiana jaka zaszła w głównych bohaterze, zaszła bardzo szybko i wręcz niezauważalnie. No cóż, film trwał niemal trzy godziny i nie ma co wymagać bardziej szczegółowego opowiedzenia tej historii.
Już dawno nie widziałam filmu o tak wyraźnym i mocnym przesłaniu. Biorąc pod uwagę współczesną politykę światową, Avatar przydałoby się obejrzeć paru osobom stojącym u władzy. Kto wie, może by to coś zmieniło.
I powiem jeszcze tylko to, że jeżeli zamierzacie obejrzeć Avatar, to koniecznie idźcie do kina. Ten film nie da wam tyle oglądany na komputerze. Jego największą zaletą jest świat Pandory, roślinność, zwierzęta, ludzie. Wszystko na tej planecie jest tak piękne, że grzech oglądać to na malutkim ekranie.

Ach, chyba pójdę do kina jeszcze raz...
Aria
Czytane przy: Enya - The memory of trees
Cornelia Funke
Atramentowe serce
[2003]

„Tamtej nocy padał deszcz - drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami."
Początek książki jest zarazem jej butami. Butami, które pisarz wkłada swojej opowieści. Rytm jaki nadaje dźwięk obcasów, brzmieć będzie aż do ostatniego słowa. Może on zachęcić czytelnika, a może zniszczyć wszelką ochotę na podróż w nieznane.
Rytm pierwszych zdań Atramentowego serca brzmi w uszach aż do końca. „Jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami..." Opowieść zaczyna się wraz ze wspomnieniem deszczu. Piękna magiczna opowieść, pełna kolorów, uczuć, postaci i słów. Niesamowitych atramentowych słów.
Jeżeli tak jak ja od dzieciństwa kochacie baśnie i macie lekkiego bzika na punkcie książek, w których opisana jest miłość do słowa pisanego, to dzieło Cornelii Funke czeka na was.
Książka jest napisana z takim kunsztem, że z chwilą, gdy zaczynałam ją czytać, obojętnie gdzie byłam: w autobusie, na przystanku, w domu - zapominałam o wszystkim. Zupełnie o wszystkim.
„Ojciec podniósł głowę, patrząc na nią nieprzytomnie, jak zawsze, gdy przerywała mu czytanie. Potrzebował czasu, by powrócić z innego świata, z labiryntu liter".
W każdym z nas mieszka dziecko, a Funke wydobywa owo dziecko z nas w całości. I nie tylko dziecko. Wraz z przewracaniem książki, budzi się do życia także nasza wyobraźnia, a słowa „a gdyby..." zaczynają często brzmieć w naszych myślach.
Nie sztuką jest napisać opowieść, sztuką jest zainspirować czytelnika, by zaczął snuć własną.
Oddzielne słowo należy się wydaniu książki. O, gdyby wszystkie książki wydawano tak, jak Atramentową trylogię! Książka sama w sobie jest tak piękna, że warto ją zacząć czytać tylko i wyłącznie dla okładki.
A motta? Motta są tak świetnie podobierane przez Cornelie do każdego rozdziału, że mam ochotę przeczytać wszystkie książki, z których one pochodzą. I do tego do jednego z rozdziałów wzięła słowa z „Wielkich nadziei" Dickensa. I to mój ulubiony fragment!
Świat Atramentowego serca jest prawie tak samo cudowny jak Narnia. Porywa, mieni się kolorami, rozkochuje w sobie. A każdy z bohaterów książki ożywa w ludzkiej wyobraźni całą gamą swoich cech oraz głębią duszy, budząc w czytelniku pytanie - kto tworzy kogo - pisarz swoją postać, czy na odwrót?
A skoro już zeszłam na temat postaci...
Mo! Mo, mój Mo! Kocham Cię tak samo jak Ty kochasz książki, chociaż pewnie tak samo się nie da, nieprawdaż? Książkowy lekarz, w domu którego książki są wszędzie i nie wiadomo już czego jest więcej - książek czy domu... Mo, który jest tak wierny i kochający jak żaden inny mężczyzna, jakiego znam. Mo, który swoim oddaniem i postawą wobec kobiet i książek, które kocha, pokazuje i uczy czytelnika, co to znaczy miłość ojcowska i miłość męża. Mo! Mo! Ale... Skoro głupotą jest kochać z się w facecie, który ma żonę i córkę proponuję przejść do niemniej fascynującej osoby...
Smolipaluch! Albo Smo, jak nazywa go Abi ^^ Ten skrót bardzo mi się podoba, więc przez najbliższe kilka zdań mogę go nadużywać.
Smo! Mój melancholijny, introwertyczny Smo! Smo, który kocha ogień i swoją ojczyznę. Smo! Czasami wydawało mi się, że rozumiem go doskonale, innym razem niemal rzucałam książką z oburzenia nad jego postępowaniem. Ale nie zważając na nic, uśmiech na twarzy pojawiał mi się zawsze, gdy między atramentowymi literkami wyłaniało się słowo „Smolipaluch".
Z pewnością to najbardziej żywa postać tej książki. Tak prawdziwa, nieodgadniona i głęboka, że mogłabym czytać tylko i wyłącznie o nim.
Elinor. Odkąd pamiętam , sposób w jaki żyje ona, był moim cichym marzeniem (ale że mama nie dopuści do tego, bym została starą panną ze zdrowymi nerwami, ciche marzenie się nie spełni). Jej dom jest moim głośnym marzeniem. Dom Elinor! Był powodem mojego zachwytu, zazdrości, fascynacji, rozpaczy i na koniec znów zazdrości. Zastanawiam się, kogo lubię bardziej, Elinor, czy jej dom... Odpowiem, kiedy przeczytam całą trylogię.
I jest jeszcze ktoś, kto od samego początku ściągnął na mnie swoją uwagę. Basta. Przedstawiony w najgorszym świetle, wyśmiewany niekiedy i upokarzany, budzący lęk, przerażenie i odrazę. Obudził we mnie litość... Od połowy książki, miałam ochotę podejść do niego i go przytulić. Powiedzieć, mu, że wszystko będzie dobrze, i zaprosić na herbatę i ciasto.
Uwielbiam książki, które mają takie postacie. Postacie, które potrafią ożyć w naszej wyobraźni, do których chcemy przemawiać i słuchać ich. Postacie nie szablonowe i nie schematyczne, które można kochać mimo ich złych uczynków, i nie zbyt lubić, nie zważając na ich dobre nastawienie. Ożywają tylko książki pisane z sercem, a Atramentowe serce z pewnością taką książką jest.
„Książki to jedyne miejsce, gdzie istnieje współczucie, pociecha, szczęście... i miłość. Książki kochają każdego, kto je otwiera, dając mu poczucie bezpieczeństwa i przyjaźń, niczego w zamian nie żądając. Książki nigdy nie odchodzą, nawet wtedy, gdy się je źle traktuje."
I bez książek świat by nie istniał!

A&A

Zawsze wierna i kochająca Aria
Carroll Lewis
Ilustrowane Przygody Alicji w Krainie Czarów
i Po Drugiej Stronie Lustra

Ta wspaniała książka zawiera skróconą wersję znanych wszystkim fascynujących utworów Lewisa Carrolla - „Alicji w Krainie Czarów" i „Po drugiej stronie lustra", zgrabnie dostosowanych do uproszczonej lektury. Opowieściom o przygodach Alicji towarzyszy wybór oryginalnych wierszy autora.
Kiedy byłam mała, nie lubiłam Alicji. Zafascynowała mnie dopiero wtedy, gdy babcia przeczytała mi „Po Drugiej Stronie Lustra". Sama nazwa trafiła do mnie od razu i potem przez wiele lat patrzyłam na lustro z podejrzeniem. Czasami próbowałam nawet do niego wejść. Niestety, nie udało się.
Alicja była dla mojej wyobraźni dość ważną książką, chociaż ten chaotyczny i niepoukładany świat bardzo mnie przerażał, zawsze chciałam go zrozumieć i nigdy mi się nie udawało. Nie ogarniałam go. A mimo to do dziś fascynuje mnie pomysł, że za lustrem coś jeszcze istnieje...
Mimo to nie mam na własność tej książki. Dlatego też to nowe wydanie jest bardzo kuszące.
C. S. Lewis i W. H. Lewis

Pół wieku przed wydaniem Kronik narnijskichC.S. Lewis stworzył inny wymyślony świat. Opowieści o Krainie Zwierząt, które ośmioletni Jack (bo tak nazywali go najbliżsi) pisał do spółki z Warniem, swoim starszym bratem, wkrótce przybrały postać dziejów królestwa nazwanego Pakamerią. W ciągu kolejnych kilku lat powstała seria opowiadań, w których młody Lewis szczegółowo przedstawił historię, geografię i barwne przygody obywateli tego państwa, aby ostatecznie zakończyć cały cykl w kwietniu 1928 r. dziełem zatytułowanym Encyclopedia Pacameriana.
W niniejszym, niepowtarzalnym wydaniu znajdziemy wszystkie opowiadania o Pakamerii (niektóre z nich po raz pierwszy ukazują się drukiem), ozdobione wspaniałymi ilustracjami młodych autorów. Mamy dzięki nim rzadką okazję zobaczyć, jak kształtowała się przebogata wyobraźnia jednego z najbardziej wyjątkowych twórców naszych czasów. Przed każdym czytelnikiem, który nie oparł się urokom Narnii, książka o Pakamerii otworzy okno na kolejny zaczarowany świat.
Rozkosz dla Lewisomanów. Nic dodać, nic ująć :)
Olga Tokarczuk

Akcja rozgrywa się w Kotlinie Kłodzkiej. Główną bohaterką jest Janina Duszejko - kiedyś inżynier mostów, dziś wiejska nauczycielka angielskiego, geografii i dozorczyni domów letniskowych. Jej pasją jest astrologia, a wielką miłością wszelkie zwierzęta. Gdy dzieje im się krzywda, Janina staje w ich obronie i upomina się o szacunek dla nich. Przestrzega przed bezmyślnym niszczeniem przyrody, donosi nawet na policję. Jak łatwo przewidzieć, nikt nie przejmuje się kobietą, która uważa, że świat jest odbiciem tego, co zapisane w gwiazdach, a w wolnych chwilach czyta Williama Blake'a, którego właśnie tłumaczy jej przyjaciel.
Pewnego dnia Janina dowiaduje się o śmierci sąsiada kłusownika, potem o następnej ofierze... Seria mniej lub bardziej niewytłumaczalnych zgonów rośnie, a na śniegu nie ma innych śladów jak tylko zwierzęce... Janina próbuje zbadać sprawę własnymi metodami. Ma intrygującą teorię na temat motywu i sprawcy tych zbrodni, ale policja ignoruje ją, traktując jak nieszkodliwą dziwaczkę. Jednak Janina wie więcej niż wszyscy, bo potrafi czytać w gwiazdach, jak w otwartej księdze...
To może być bardzo ciekawe...
C. S. Lewis
Trylogia kosmiczna

Klasyka w najszerszym tego słowa znaczeniu. Pozycja obowiązkowa w kanonie wykształconego człowieka. Nieznajomość Lewisa dyskwalifikuje w towarzystwie.
Czuje mój nosek, że Lewisa powoli wydają na nowo...
Siergiej Jesienin
Kamieniem strącam księżyc

Wybór wierszy jednego z największych rosyjskich poetów, Siergieja Jesienina. Choć żył tylko trzydzieści lat (1895-1925), pozostawił wiele niezapomnianych strof, pełnych emocji i refleksji nad istnieniem, często inspirowanych folklorem i sztuką sakralną. Do legendy przeszło też jego życie: był pięciokrotnie żonaty, m.in. ze sławną tancerką Isadorą Duncan oraz wnuczką Tołstoja. Obdarzony urodą, charyzmą i krewkim temperamentem, popadł w depresję, popełniając samobójstwo. Ostatni wiersz napisał własną krwią.
O!
P.S. Małe sprostowanie. Jesienin nie popełnił samobójstwo, to było morderstwo. A co do wiersza napisanego własna krwią, to prawda, ale Jesienin lubił takie sztuczki i nie raz tak robił, gdy brakowało atramentu.
Glennon Paul
Księgowir

Pomysłowa, pełna humoru i inteligentna powieść dla młodzieży. Pewnego dnia jedenastoletni Norman w roztargnieniu zaczyna obgryzać stronę swej ulubionej powieści i... budzi się w jej wnętrzu. W dodatku, za sprawą tajemniczej siły, kolejno przenosi się do książek, czytanych przez najbliższych. Sytuacja komplikuje się, bo wątki i bohaterowie zaczynają się plątać i przenikać... Czy uda mu się uporządkować wszystkie historie i wrócić ze świata fikcji do normalnego życia? Brawurowe!
Dla samej okładki mieć warto :P
_________________________________
Opisy książek pochodzą z internetowej strony empiku
Aria
Czytane przy: Ludwig van Beethoven - Sonata Patetyczna
Pierre Charras
Dziewiętnaście sekund
[2003]

- Zobacz, Wi, to może być ciekawe...
- Hm?
Jeszcze wtedy nie podejrzewałam, że książka, którą właśnie biorę do ręki zaczaruje mnie tak bardzo. Ani przez chwilę mój instynkt samozachowawczy nie ostrzegł mnie przed Panem Charrasem - pisarzem, który chwyta umysł czytelnika w żelazne kleszcze swoich słów i miażdży go nagromadzeniem emocji w każdym zdaniu. I nie ma się co łudzić, po przeczytaniu książki, kleszcze nie zwolnią uścisku. „Dziewiętnaście sekund" na zawsze pozostawił cząstkę siebie w umyśli.
Nie wiedziałam o tym... Nie zdawałam sobie sprawy z jaką książką mam do czynienia. Wzięłam więc i przeczytałam krótki opis z tyłu.
„Sandrine i Gabriel są razem od dwudziestu pięciu lat, lecz oboje wiedzą, że ich związek stopniowo się wypala. Dają sobie ostatnią szansę, wymyślając pewną grę. Umawiają się na decydujące spotkanie w paryskim metrze. On będzie czekał na peronie, ona przyjedzie pociągiem o godzinie 17.43. Jeśli nie przyjedzie, to będzie znak, że się rozstają.
Za dziewiętnaście sekund wyczekiwany pociąg wyłoni się z tunelu i wjedzie na stację. Zaczyna się bezlitosne odliczanie. Już niedługo Gabriel dowie się, jaka zapadła decyzja. Ale w ciągu tych chwil może zdarzyć się COŚ, czego nikt nie przewidział. I będzie to dopiero początek brutalnego, nieodwracalnego dramatu..."
Świat zamarł na chwilę, by znów ruszyć się z miejsca. A ja wciąż trwałam z tą książką w rękach. Tak jakby ktoś rzucił na mnie czar, którego nie można odwrócić. Ale... Nigdy nie kupuję książek spontanicznie. Książka, kupiona przeze mnie, musi wcześniej być wymarzona w mojej duszy i wypieszczona w umyśle, a dopiero potem w moich rękach. Dlatego też „Dziewiętnaście sekund" odstawiłam na półkę. Ale książka ta została tam tylko fizycznie. Tak naprawdę wciąż tkwiła w moich rękach, głowie, sercu. Nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Krótki opis na odwrocie był tak jaskrawy i mocny, że na zawsze pozostawił ślad w moich myślach.
Kilka dni potem kupiłam „Dziewiętnaście sekund"...
Jest to książka, którą należy czytać za jednym zamachem. Nie przerywając. Ale to pod warunkiem, że ma się mocne nerwy. Ja nie mam. Nie aż tak mocne. Musiałam robić sobie przerwy. A mimo to wciąż trwałam w świecie tej książki. Wciąż o niej myślałam. Nie o bohaterach, a o niej samej. Tak jakby tekst w niej był żywy.
Pod względem sposobu pisania, ta książka jest dla mnie idealna. Są książki, przez które autentycznie się brnie, ze zgrzytem, skrzypem i warkotem. Są to dobre książki, ale ciężko napisane. „Dziewiętnaście sekund" jest napisana doskonale. Płynnie. Otwierając pierwszą stronę zanurzasz się w tekście i nie masz siły, by się z niego wynurzyć. Miałam niemal wrażenie, że to moja pierwsza książka w życiu... Albo tak jakbym nie czytała od wielu lat.
Mam w zwyczaju przy czytaniu podkreślać pewne zdania, lub stawiać wykrzykniki przy fragmentach, które mnie szczególnie poruszyły. Tu miałam chęć podkreślić wszystko. Sposób w jaki pisze autor, jego metafory i porównania, są tak idealnie genialne, że miałam ochotę wypisywać je na ścianach. Moje filologiczne życie nie miałoby sensu, gdybym nie przeczytała „Dziewiętnastu sekund".
Emocje. Tak, to jest chyba główny atut tej książki tuż po języku. Charras buduje je i dawkuje z taką precyzją, że sami nie zauważamy, kiedy nasze serce zaczyna bić jak oszalałe. Świat zamiera. A ja zapominałam chwilami nawet o oddychaniu. Zaiste niebezpieczna książka.
Najbardziej genialna część według mnie to STYKS. Mam ochotę czytać ją wciąż i wciąż. Sztuka nazywania rzeczy nienazwanych po imieniu osiągnęła tu mistrzostwo.
Swoją drogą cała struktura utworu oraz nazewnictwo poszczególnych rozdziałów i części jest porażająca i ciekawa. Ich symbolika nie jest trudna, a mimo to wgniata w ziemię.
Czy polecam tę książkę? Nie wiem... Trzeba mieć odwagę, by po nią sięgnąć, bo po przeczytaniu jej pewne rzeczy już nigdy nie będą takie same...
„Nigdy dotąd nie przykuwała mojej uwagi sekunda, gdy sygnał milknie i zasuwające się drzwi mają za chwilę rozdzielić dwa światy."
Aria
Marina
Carlos Ruiz Zafon

Każda czytana książka (z tych lepszych) dociera do najgłębszych zakamarków ludzkiego serca, wyciąga z niego to co jest takie jak ona, bądź łudząco do niej podobne, po czym roztacza to w całej okazałości przed oczami swojego człowieka. Jeżeli książka nie znajdzie swojego cienia w czytelniku, raczej się z nim nie polubi. A, naturalnie, im będzie bliższa jego marzeniom, schematom myślowym, pragnieniom, wyobrażeniom czy przekonaniom - tym bardziej się z nim zżyje. I chociaż wszyscy ludzie mają inne dążenia i sposoby myślenia, jednak wszyscy oni posiadają takie same, mniej lub bardziej ukryte, zakątki duszy w których mieszczą się wspólne dla całej ludzkości marzenia, pragnienia, dążenia, przeżycia, może nawet tymi ludźmi ich czyniące.
Carlos Ruiz Zafon, bardziej lub mniej świadomie, odkrył klucz do tych ogródków marzeń i z powodzeniem wykorzystuje go w swoich książkach, o czym świadczy ich ogromna popularność. Może odkryć to każdy, kto pozwoli Zafonowi roztoczyć przed swoimi oczami taki świat o jakim z pewnością kiedyś marzył, marzy, bądź zamarzy. Musi tak być, bo w książkach Zafona, poza niepowtarzalnym sposobem narracji i mnóstwem bajkowych, nierealistycznych opisów nie ma niczego na czym można by zawiesić oko. To prawda, że tajemnica, baśniowość, a nawet groza, którą przesiąknięta jest każda strona książki jest niezwykła, tym bardziej, że wszystko to odbywa się w naszym świecie, na ulicach bardzo rzeczywistego i realnego miasta. Jednak sposób w jaki Zafon o tym pisze, w jaki tworzy tą atmosferę, wyzuty z jakiegokolwiek rozbudowania bohaterów, użycia niespodziewanych środków artystycznych, wstrząsających metafor, zaskakujących porównań czy czegokolwiek, co tłumaczyło by to, że czytając książkę ma się wrażenie, że przeczytane litery za chwilę znikną na zawsze, że powieść utkana jest z mgły, rosy i pajęczyny, jest niemalże zawstydzający. Obrazy które tworzy Carlos Riuz aż proszą się o zakwalifikowanie ich do najgorszego rodzaju kiczu i wyrzucenia ich poza nawias poważnego sposobu spostrzegania świata. A mimo to trzeba mieć serce z kamienia i myśli zajęte mordami na drugim końcu świata, żeby nie dać się choć trochę oczarować.
Marina jest najlepszym z kluczy Zafona do skrytki z ludzkimi marzeniami. Dotarł on nawet do mnie - zatwardziałej zrzędy, która jeśli nie dopatrzy się w książce czegoś naprawdę mistrzowskiego, natychmiast ją odrzuca. Nie byłam fanką Zafona, po jego Cieniu wiatru, nawet nie zastanawiałam się czy przeczytać Grę Anioła, od razu stwierdziwszy, że nie będę na nią tracić czasu. Ale czytając Marinę nagle zaczęłam rozwarzać czy nie warto byłoby jeszcze raz sięgnąć po Cień wiatru? A może nawet po niefortunną Grę Anioła? Żeby zobaczyć czy aby na pewno nie da się już z nich nic ciekawego wygrzebać?
Nieczęsto polecam książki innym ludziom, bo wiem, że raczej im nie będzie się podobało to co mi. Ale co do tej książki mogę powiedzieć - przeczytaj Marinę. Szanse, że Ci się spodoba są naprawdę duże.
Co prawda historia, jak głosi opis na okładce - „rodem z Frankensteina i XIX wiecznych thrillerów", nawet się nie umywa do historii opisanej w Cieniu wiatru, zakończenie jest po prostu takie jakie być powinno i jakiego można się było spodziewać, ale i tak Marina jest najlepsza z trzech wydanych w Polsce powieści Zafona. Być może dlatego, że jest z nich najkrótsza i nie zdążysz się nią zmęczyć, a już się skończy, być może dlatego, że główni bohaterowie umieją wzbudzić sympatię czytelnika - nie to co w pozostałych książkach - może dlatego, że przyczyna klęski wszystkich postaci jest tak oczywista...? ...cóż, długo można by tą książkę analizować i rozkładać na najmniejsze pierwiastki. Ale tyle czytania o Marinie już chyba naszym czytelnikom wystarczy. Teraz czas przeczytać samą Marinę ;]
Abi
Carlos Ruiz Zafón
MARINA
[1999]

Kiedy dowiedziałam się, że w listopadzie ma być premiera kolejnej książki Zafóna, myślałam, że umrę ze szczęścia. Mylić się jest rzeczą ludzką, tak więc żyję i chyba dobrze mi z tym ;)
Zafón jest pisarzem, który znaczy dla mnie wiele i to właśnie on wyłożył w moim sercu szczególną miłość do książek. Bo przez Zafónem była miłość tylko do czytania...
Dlatego też ani przez chwilę nie wątpiłam w to, że „Marina" będzie kolejnym genialnym dziełem. Czekałam z niecierpliwością, odliczałam dni, godziny i minuty, aż wreszcie nadszedł dzień premiery... Pobiegłam do empiku, chwyciłam przepiękną, nowiutką książkę i zaczęłam czytać. Już w samym empiku wiedziałam, że Zafón prześcignął moje najśmielsze oczekiwania. Książka zapowiadała się jako dzieło genialne. I na zapowiedziach się nie skończyło.
Kiedyś z pewnością udam się do Warszawy na kolanach i złożę pokłon wydawnictwu MUZA. To, jak oni wydają książki, jest nie do opisania. Cóż za geniusz! U nich warto kupić książkę dla samej okładki.
„Marina" dzięki temu zachęca już z daleka... Ile ja bym dała, by wejść do tego pałacyku na okładce (wywalić mieszkańców i urządzić tam rezydencję A&A ^^).
Zawsze dzielnie twierdziłam, że Zafón jest mistrzem genialnych początków i twierdzę tak nadal. „Marina" rozpoczyna się intrygującym zdaniem i od razu budzi mnóstwo pytań. Rzadko kiedy czytelnik zostaje porwany przez książkę tuż po pierwszym zdaniu. W „Marinie" właśnie tak jest. Pierwsze słowa intrygują, wzbudzają wiele sprzecznych myśli i nie sposób odłożyć już tej powieści.
Jednym z większych plusów są obrazy w „Marinie". Zafón zawsze miał świetny talent do opisywania rzeczy za pomocą słów w taki sposób, że wszystko stawało się rzeczywiste. Ale tym razem przerósł samego siebie. I wciąż mam przed oczami poranek, dziewczynę, rower i biel jej sukienki, powiewającą na wietrze. Genialne!
Nie chce opisywać tu wszystkiego, co mnie poruszyło w tej książce, a było tych rzeczy doprawdy wiele. Przecież macie po przeczytaniu tej recenzji czuć się zachęceni do przeczytania książki, a nie znać wszystkie najwspanialsze sceny z „Mariny". Powiem jedynie, że historia, jaką opowiada ta książka, zawiera bardzo wiele wątków i poszczególne historie postaci z przeszłości są tak niesamowite i stworzone z taką pomysłowością i talentem, że dech zapiera w piersiach. Przy tej książce człowiek zapomina nie tylko o tym, gdzie jest i jaki mamy teraz rok, lecz także o tym, jak ma na imię.
Kot! Kot! Kot! Zafón umieścił w „Marinie" tak cudownego kota, że chciałam już jechać do Hiszpanii i całować jego stopy. Stopy kota też!
W trakcie czytania znalazłam pewną niespójność. Z początku uznałam to za błąd autora, jednak teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to klucz do całej powieści. Czym jest ten epizod, z chęcią z wami omówię, ale dopiero gdy przeczytacie książkę :)
Miejsca w tej książce także zasługują na komentarz:
- Teatr! Dlaczego, powiedzcie mi, dlaczego Zafón udzielił temu genialnemu tworu swojej wyobraźni taaak mało zdań? <cierpi niezmiernie>
- Dom Mariny - w takim miejscu można się urodzić, mieszkać i umrzeć. Odkąd siebie pamiętam marzyłam, by mieszkać w takim pałacyku, a tu nagle Zafón opisuje moje marzenie... Panie Carlosie, czemu nie nazwałeś głównej bohaterki Wiktoria?
- Cmentarz! Nigdy jeszcze nie widziałam tak doskonale opisanego cmentarza. Niemal się czuje chłód pomników i słyszy się odgłosy nocy. A obecność głównej bohaterki, Mariny, na tym cmentarzu wprawia cały eter w jakiś nieokreślony ruch. Swoją drogą postać Mariny jest dla mnie fenomenalna. Dziewczyna jest tak żywa i przy tym... Dobra, koniec. Nic już nie powiem. Mam wrażenie, że nie da się pisać recenzji tej książki, ponieważ cokolwiek się powie, zdradzi się jakiś bardzo ważny wątek. A wątków tam było wiele, oj wiele...
Wiele było miejsc i wiele było postaci, które chwytały za serce. Każda z nich przeżyła w życiu coś tragicznego. A złączenie tylu losów w jednej książce jest wyczynem niesamowitym. Bo tak naprawdę z życiorysu niemal każdej postaci „Mariny" można stworzyć oddzielną powieść.
No i to, co najważniejsze - zakończenie. Ani w „Cieniu wiatru", ani w „Grze anioła" zakończenie nie przypadło mi do gustu. Jednak zakończenie „Mariny" było na miarę Wiktora Hugo. Aż do ostatniego zdania wszystko jest wyważone niczym idealny przepis. Mocne, aluzyjne, prawdziwe, ludzkie.
Polecam „Marinę" wszystkim. Z ręką na sercu polecam. Bo tak niesamowite piękno przeczytać warto.
Aria
Haruki Murakami
Norwegian Wood
[1987]

http://macburlak.wrzuta.pl/audio/9P4goQKvsd7/the_beatles_-_norwegian_wood
Czytając tę książkę miałam wrażenie, że jest napisana w dokładnie takiej samej tonacji, co ta piosenka. Dla mnie każda książka ma swoją tonację, melodię czy dźwięk. Jedna ma więcej, inna mniej. Do każdej książki staram się dobierać jej własną ścieżkę dźwiękową. Do „Norwegian Wood" nie musiałam. Wystarczyło, że przeczytałam tytuł, znalazłam tę starą jak świat piosenkę Beatles'ów i...
„'Obudź się! Zrozum!'. Właśnie dlatego piszę tę książkę. Mam już taki charakter, że aby coś zrozumieć, muszę najpierw spróbować to zapisać."
O czym opowiada ta książka? W życiu każdego człowieka chociaż raz zdarzy się coś, czego pojąć nigdy nie zdoła. „Norwegian Wood" jest właśnie o czymś takim. Wiele zadanych pytań i żadnych odpowiedzi. Nie oczekujcie, że na końcu książki otrzymacie chociaż jedno rozwiązanie, to nie jest kryminał. To książka, przy której zadaje się pytania, lecz nie otrzymuje się żadnych odpowiedzi.
Napisana w mętnym, nostalgicznym nastroju była idealną książką na jesień. Czytając książki Murakamiego mam wrażenie, że piję ciepłe mleko i oglądam przez szybę wschód zimowego słońca. Jego blask jest taki mdły i chorowity, a przy tym wydaje się sterylnie czysty.
Kolejna opowieść, gdzie pan Haruki rozbiera swych bohaterów do naga. I z uczuć, i z ubrania. Pokazuje pulsujące uczucia i pragnienia, ból i cierpienie, wspomnienia i marzenia. Zupełnie się nie krępuje i prowadzi czytelnika do sypialny swych bohaterów. Pokazuje wszystko, każdą komórkę. Po co? Takim już jest pisarzem... Abi mówi, że jest zboczony. Arnie twierdzi, że jest facetem. A ja wciąż ufam w jego ogromny talent. W końcu to właśnie Murakami jest ekspertem w nazywaniu moich nieokreślonych uczuć i myśli po imieniu. A to, że nie potrafi pominąć łóżkowej fizyczności mogę mu czasami darować. Czasami. Ale nie przy „Norwegian Wood". Lecz o tym nieco później.
Rzeczą genialną są małe sentencje na każdej okładce książki Murakamiego. Jak wydaje MUZA, to wydaje z klasą, i to wiedzą wszyscy. Jednak wciąż zadziwia mnie precyzja z jaką kreatorzy okładki sięgają w głąb powieści, wyjmują z niej tę małą kwintesencje zawartą w jednym-dwóch zdaniach i umieszczają ją niemal niezauważalną tuż pod tytułem.
„Wkrótce nadszedł sen i zamknął za mną ciężką, ołowianą bramę - po drugiej stronie snów nie było."
Cała książka wydaje się być snem. Czarnobiałym, spokojnym snem. I mimo sytuacji, które w normalnym świecie wywołałyby we mnie mnóstwo różnych emocji, tu odbieram je niczym echo monotonnego głosu narratora. Możliwe, że właśnie dlatego męczę was teraz recenzją w takim, a nie innym stylu.
„Czy gdzieś w mojej pamięci jest jakieś mroczne miejsce, taka przestrzeń, gdzie gromadzą się wspomnienia i wszystkie zmieniają się w miękką, błotnistą papkę?"
Ależ jest, panie Haruki, „Norwegian Wood" jest ową błotnistą papką. To tak jakbyś tam wrzucił wszystkie swoje niepewności, wyrzuty sumienia i grzechy. Jednak rękopisy nie płoną, a książki raz napisane wchłaniają w siebie złe wspomnienia i za nic nie chcą ich oddać niepamięci.
„Norwegian Wood" - nostalgiczny wycinek z życia młodego Watanabe, który w czasach swojego dojrzewania zderzył się z samobójstwem przyjaciela, depresją dziewczyny i wyborem zbyt trudnym, by go dokonać. To tak jakby na moment zajrzeć w czyjąś duszę i bezczelnie obejrzeć wszystkiego jego wspomnienia, od uczuć zaczynając na szufladzie z bielizną kończąc. Murakami jest bezlitosny, zabrał nawet listki figowe i ukazał człowieka takim jaki jest, nie oszczędzając przy tym nawet moralności czytelników.
Wolna miłość... Zgrzyt nad zgrzytami w tej książce. Przynajmniej dla mnie. Było jej stanowczo za dużo i wypełniła ona aż po brzegi życie bohaterów. Nie tędy droga, powtarzałam w myślach i przewracałam strony. Mam wrażenie, że ta historia pokazuje, iż stawiając na pierwszym miejscu miłość fizyczną, prowadzi jedynie do nikąd. Gdyby Watanabe, Naoko i Midori mogli zauważyć, że w związku nie lóżko jest najważniejsze, nie ono pieczętuje wzajemne relacje, nie ono jest wyznacznikiem bycia/nie bycia razem, z pewnością wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. A mimo to tak się nie stało.
To, co stało się na ostatnich stronach między Watanebe i Reiko wprawiło mnie w osłupienie. Miałam wrażenie, że wszelkie morale zostały zdmuchnięte niczym świeczka.
Jednak nie piszę tej recenzji, by wzbudzić dyskusję o moralności i współczesnym podejściu do seksu.
Może po śmierci spotkam Murakamiego i zapytam go o odpowiedzi na pytania, jakie unoszą się w tej książce. Na razie muszę nauczyć się żyć bez tych odpowiedzi. Aczkolwiek samo zadawanie pytań wcale nie było takie złe. Sztuką jest nauczyć się zadawać pytania, nie oczekując niczego w zamian. Murakami się dało. Może i mi kiedyś się uda. Cudowna zabawa kosztem innych. Bezlitosna książka. Nie polecam jej, jest zbyt specyficzna. Zbyt rozmyta, zbyt perwersyjna, zbyt prawdziwa. A mimo to nikt poza Murakami nie potrafi pisać w tak niepowtarzalny sposób. Jego styl medytuje pomiędzy snem a jawą i nasączony jest smakiem ciepłego mleka.
„Życie jest jak pudełko czekoladek...
...W pudełku są różne czekoladki, jedne się lubi, inne mniej. Najpierw zjada się te ulubione i zostają tylko te, za którymi się nie przepada. Zawsze tak myślę, kiedy jest mi ciężko. Jeżeli teraz się z tym uporam, potem będzie łatwiej. Życie jest jak pudełko czekoladek."
...
_______________________________________________________________
Wszystkie cytaty pochodzą z "Norwegian Wood" Haruki Murakami, Warszawa 2008
Aria
Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu

Specjalnie dla naszych wspaniałych czytelników (bo żaden inny blog nie ma tak niesamowitych gości jakimi jesteście Wy!) A&A urządziło uroczysty zjazd w najwspanialszej z możliwych stolic i wysłała swoją specjalnie wyselekcjonowaną reprezentację dwuosobowej organizacji czyli Ariannę i Abigail!
<owacje>
Najmilsi! Jest nam niezmiernie miło poinformować Was, iż „Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu" to przewspaniała komedia dla całej rodziny! Wyborna parodia i przeprzytulaśna komedia romantyczna.
W tym wspaniałym arcyfilmie mamy niepowtarzalną okazję ujrzenia znanego skądinąd Edwarda Cullena w zupełnie nowym świetle. Zagranie jego ohydnej klatki piersiowej, na którą najwyraźniej nie działa środek na porost włosów, a samotne cebulki kołyszą się na wietrze niczym pola kukurydzy na bezludnych obszarach, jest nie lada wyczynem. Scena z tym rekwizytem skutecznie odebrała Ariannie apetyt na cały najbliższy tydzień (<Abi>mniejsza o to, że scena z Dżejkobem go przywróciła). Pod koniec filmu reżyser najwyraźniej zauważył ten drobny defekt i pozwolił użyczyć mu gustownego czerwonego szlafroku. Jednak odtwórca roli naszego nieapetycznego wampira najwyraźniej nie zrozumiał tej delikatnej aluzji i zakładając kieckę pozostawił swoją pół łysą klatę na wierzchu, co tym razem skutecznie odebrało apetyt Abigail (<w lewym dolnym rogu ekranu pojawia się Aria> a miałyśmy iść na sushi!) i niestety wtedy nawet klata Dżejkobcia nic już tu nie mogła pomóc (sushi!!! <Aria wyje>). Aż dziw, iż Volturi widząc Edzia w piżamie nie rozczulili się i nie poczęstowali go poranną kawką, najnowszą gazetką i nie użyczyli swoich kapci, jak na gościnne wampiry przystało. Ale najwyraźniej w ramach rekompensaty postanowili urządzić Eduardowi poranną gimnastykę z elementami rozciągania i walenia o posadzkę. Ze wspomnianej sceny wnosimy, iż ostatnim krzykiem mody jest dziś prostowanie kręgosłupa o marmurowe schody, koniecznie spróbujcie! Firma Fitness Volturi zaprasza w każdy czwartek i sobotę za jedyne 9,99 litra Twojej krwi! (+ VAT, sorry Winnetou ;P).
Grzechem byłoby pominąć w recenzji naszą drętwą, kukłowatą, tępooką Bellę-o-Wiecznie-Rozdziawionej-Gębie. Wspomniałyśmy? Wspomniałyśmy!
Przejdźmy zatem do klaty klaty Dżejkoba (tu następuje wiele różnorakich epitetów na temat męskiej urody na obszarze od obojczyka po gumę do gaci [pytanie konkursowe - w jakie wzorki są gatki Dżejkusia? Wygraną jest niezapomniana kolacja z A&A, na którą rzecz jasna zapomnimy przyjść]).
O klato moja miła! Tyś mnie do snu tuliła....! (<Aria> Abi, przestań śpiewać! <Abi zamyka się w sobie>)
Ekhem, ekhem... A więc Jakob... Jakobik... Jakusi... Jakob Jędrna Klata... (<Abi nie wytrzymuje> Aria, przymknij się) Yyyy... (<Aria unosi brew> No co?) I hop! Po jednym zwinnym skoku okazuje się, że mamy dwa w jednym - i klatę, i wilka! (<Abi> fetysz Arii...) ... (<Aria> nie klata! Wilk!).
Schodząc na ziemię (<Aria> Abi! Nie ciągnij za sobą tej klaty!), chciałybyśmy również podziękować wszystkim koncernom handlującymi hormonami, dzięki którym Dżejkuś został Jacobem Jędrną Klatą, jak również naszej wspaniałej widowni, która bawiła się nie gorzej od A&A płacząc ze śmiechu nad szlafroczkiem Edzia, lukrową wizją przemienionej Belli oraz rozkosznym zakończeniem. Z pewnością zamysłem twórców było rozczulenie widowni do łez gdy Edward wypowiadał słowa, które chce usłyszeć każda różowa nastolata - „Wyjdź za mnie!". Niestety w tym momencie widownia ryknęła śmiechem, a A&A sturlało się ze schodów.
Nie jesteśmy do końca pewne czy przypadkiem nie miała to być parodia mulastego literacko bestselleru „Księżyc w nowiu"... w zadumę wprawia nas zaliczanie tej uroczej komedyjki do gatunku horroru... ale grunt to dobra zabawa i miękki szlafrok!
Dlatego też jeżeli Ci smutno, jeżeli czujesz się opuszczony, wykorzystany przez los, brak w Twoim życiu uśmiechu i zwykłej dziecięcej radości - ten jest film dla Ciebie! Wybierz się do kina już teraz! Szlafrok i klata czekają na Ciebie! Jeżeli skorzystasz z naszej oferty i podniesiesz swój zadek by ruszyć do kina w ciągu najbliższych pięciu minut otrzymasz gratis (zupełnie za darmo!) zezowate spojrzenie Belli!
Długo by jeszcze mówić (<Abi> I wcale nie o Żejkobie, Arianno <Aria - słodkie oczka> No co?). Dość, iż A&A podejrzewa wilkołaki o pedalstwo, Bellę o lesbijstwo, a Edwarda o brak kasy na depilator. Życzymy udanego seansu i koniecznie podziel się z nami swoimi wrażeniami!
Na żywo z Forks, A&A.

PS Edward na Madagaskar!

Upiór w operze
[2004]

„Where all your fantasies, you always knew
That man and mystery lay both in you..."
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze chodziłam do liceum, klasyfikowałam się do grupy nastolatek, a po ziemi chodziły dinozaury, pani na lekcji muzyki pokazała nam film „Upiór w operze". Od tamtego czasu jest to jedno z moich ukochanych dzieł światowego kina. Dzięki niemu po raz pierwszy pomyślałam, że kobiety to idiotki ^^ No ale po kolei.
O czym jest film chyba każdy wie. Jest to tak znany musical, że nawet bez oglądania go, każdy posiada minimalną wiedzę na temat jego fabuły, także streszczenia pisać tu nie będę. Zacznę od razu od chwalenia.
Muzyka i śpiew - Nie do porównania. Muzyka stanowczo odgrywa tu główną rolę. A śpiew jest tak piękny, że serce ściska się z żalu, gdy film się kończy.
Po chwili, gdy widz po raz pierwszy słyszy śpiew samego Upiora, wszystkie inne partie przegrywają. Przynajmniej tak było u mnie.
http://www.youtube.com/watch?v=Ej1zMxbhOO0&NR=1 - moje ukochane...
Scenografia - Ten film jest po prostu piękny. Ciężko mi dobrać inne określenia. Miejsca są tak trafnie skomponowane z muzyką, że czasami brak epitetów, by wyrazić zachwyt.
Powstają tu nie tylko sceny, a wręcz całe obrazy. Wielkie, jaskrawe i wyraziste. Chwila, gdy upiór płynie wraz z Christine w łódce (peleryna, pochodnia, maska, śpiew.. ach...), lub gdy Christine idzie przez cmentarz. Tego nie da się opisać ani wyrazić słowami. Jest wszystko tak niesamowicie piękne, że można jedynie oglądać.
Całe przesłanie filmu budzi we mnie strach za każdym razem, gdy go oglądam. Zamiast piękna, Bóg ofiarował ogromny talent. A mimo to świat owego talentu nie zrozumiał. Można by powiedzieć, że człowiek, który idzie do celu po trupach, nie zasługuje szczęścia. Jednak jeżeli spojrzeć na jego dzieciństwo i na to, jak go traktowano, to nic dziwnego, że ludzkie życie jest dla niego niczym. Przecież ludzie od zawsze traktowali go jako „nic", więc czemuż sam Upiór powinien traktować świat inaczej?
Możliwe, że wydam wam się okrutna i antychrześcijańska, jednak dla mnie Upiór jest postacią tragiczną i to, że z taką łatwością odbiera ludziom życie, budzi we mnie jedynie żal. Potrafię go zrozumieć i nie umiem zrozumieć kobiety, która go odrzuciła...
Christine... Jest jedyną wadą tego filmu. Aktorka tylko o jednym wyrazie twarzy. Kompletnie nie potrafiła grać. Do samego końca nie wiedziałam kogo wybierze, bo i na Upióra i na Raoula patrzyła w identyczny sposób, a ta jej mina zranionej sarny doprowadzała mnie czasami do białej gorączki.
Jako postać jest jeszcze gorsza. Jak można odrzucić Upiora? Jak?! To się nie mieści w moim romantycznym, melancholijnym móżdżku. Czemu tak niesamowici mężczyźni zakochują się w takich umysłowych blondynach? Halo! Przecież są na świecie kobiety, które potrafią docenić tak ogromny talent i piękne wnętrze <strzałeczki na Arię>
[W tej chwili w wyobraźni czytelników powinna pojawić się scena ze Shreka, w której Osioł podskakuje ponad tłum i krzyczy: „Ja! Ja! Wybierz mnie!" xD]
Ale wracając do poważnych tematów... Raoul... Losie! Nie dość, że nie wybrała Upiora, to zamieniła go na jakiegoś pedałowatego panusia o niegustownej fryzurze. Jeżeli już zapuszczasz włosy, kolego, to zapuszczaj je jakoś umiejętnie, a nie... Raoul - marzenie kosiarki.
W sumie są siebie warci... Mam na myśli Raoula i Christine, a nie Raoula i kosiarkę :P
Na wielkie, bardzo wielkie i koniecznie na stojąco, brawa zasługuje postać Upiora. W białej masce i pelerynie wyglądał tak majestatycznie, groźnie i gotycko... Idealna postać. Idealny mężczyzna. Idealny głos. Dlaczego wszyscy nie mogą być tacy, jak Upiór?
"Upiór w operze" jest niczym bajka o Pięknej i Bestii, gdzie Piękna wcale nie była wrażliwą dziewczynką, która pokochała wnętrze, a nie wygląd. Chociaż można by przypuszczać, że Christine próbowała szczęścia całując Upióra. Pewnie myślała tak: „Ja go pocałuje, jak zmieni się w księcia, to wybiorę go, a jak nie, to Raoulcia". I co? I nie było fajerwerków. Upiór został takim, jakim był.
A swoją drogą, scena pocałunku była przepiękna... Już zaczęłam marzyć, że zostaną ze sobą. Ale to nie bajka na dobranoc, gdzie sprawiedliwość zawsze zwycięża. Nie ma smoków, nie ma bajki.
Ostatnia scena, a raczej ostatni kadr - piękny. Wręcz doskonały.
Róże przewiązane czarna wstążeczką i pojawiające się przez cały film, są jednym z najbardziej genialnych pomysłów reżysera. I dzięki nim ostatni kadr wyszedł mistrzowsko.
W bajki wierzy się tylko będąc dzieckiem. W dorosłym życiu żaby nie zmieniają się w pięknych młodzieńców, oszpeceni ludzie zawsze są gorsi od innych, a piękne panie wybierają tłuste portfele, a nie piękne dusze.
Czy naprawdę w prawdziwym życiu Piękna nie pokochałaby Bestii?

Aria
JESIENNE NOWOŚCI
Danuta Marcinkowska
Ewa Marcinkowska-Schmidt
Klaudyna Schmidt
LAWEDNOWY PYŁ

Wydawnictwo: Klucze
Data premiery: 20-10-2009
Lawendowy pył to pasjonująca saga rodzinna napisana przez babcię, matkę i wnuczkę, które są najstarszymi córkami w ostatnich trzech pokoleniach. To powieść będąca zarazem kroniką rodzinną sięgającą korzeniami początków XIX wieku.Na tle dziejów wspólnie z autorkami cieszymy się z nowej sukienki na bal, narodzin dzieci, przeżywamy zesłanie głowy rodziny na Syberię. To wyprawa w głąb pamięci, świadectwo epoki i niełatwych wyborów To bodaj pierwsza kronika rodzinna pisana wyłącznie przez kobiety i to w dodatku najstarsze córki z kolejnych 6 pokoleń. Nie ma tu miejsca na tani sentymentalizm. Bohaterowie z krwi i kości są targani prawdziwymi uczuciami i namiętnościami Kobiety w zetknięciu z burzliwą historią- powstanie, dwie wojny, okupacja niemiecka i radziecka ; musiały być twarde niczym skała i dokonywać najtrudniejszych Aż po nasze czasy, w których życie stawia inne wyzwania.
Myślę, że książka pisana w taki sposób przez trzy autorki może być czymś niesamowicie ciekawym. Ale tylko pod warunkiem szczerości pisarek i nie pisania pod publikę.
Serdak Ozkan
ZAGINIONA RÓŻA

Wydawnictwo: Świat Książki
Data premiery: 21-10-2009
Pełna sekretów i znaczeń baśń dla dorosłych tureckiego pisarza. Po śmierci ukochanej matki Diana dowiaduje się, że ma siostrę-bliźniaczkę Mary i musi ją odnaleźć. Śladem siostry wyrusza z San Francisco do Stambułu, by poznać tajemniczą "mowę róż", rozumianą sercem, która zmieniła życie Mary. Uczy się u enigmatycznej Zeynap Hanim, stawiającej Dianie coraz to nowe zadania... Magiczna przypowieść o wartości życia i wiary w siebie, czerpiąca inspirację z wielu kultur - dla miłośników "Małego księcia" i prozy Paulo Coelho.
Trzeba to przejrzeć... Przejrzeć i trzymać kciuki, by nie było to romansidło. A poza tym można tę książkę kupić dla samej okładki ^^
Lesley Downer
MADAME SADAYAKKO GEJSZA KTÓRA UWIODŁA ZACHÓD

Wydawnictwo: Świat Książki
Data premiery: 04-11-2009
Opowieść biograficzna o jednej z największych gwiazd przełomu XIX i XX wieku - Sadayakko (1871-1946). Była pierwszą japońską gejszą, jaką zobaczył Zachód, a w swej ojczyźnie pierwszą „wyzwoloną" kobietą i aktorką w teatrze, tradycyjnie przeznaczonym dla mężczyzn. Tańczyła dla cara Mikołaja II, prezydenta McKinleya i Franciszka Józefa. Stała się pierwowzorem „Madame Butterfly" Pucciniego i malował ją Picasso. Portret niezwykłej osobowości na tle czasów, gdy Zachód ogarnęła fascynacja nieznaną, egzotyczną Japonią.
Japonia... Moja kochana Japonia. Trzeba sięgnąć, koniecznie trzeba. A wachlarz jest przepiękny :)
Gail Tsukiyama
ULICA TYSIĄCA KWIATÓW

Wydawnictwo: Świat Książki
Data premiery: 12-11-2009
Powieść obyczajowa: saga rodzinna z życia w Japonii, obejmująca ponad trzydzieści lat. Subtelna opowieść o dwóch braciach - przyszłym sportowcu i twórcy masek teatralnych - wychowujących się w przedwojennym Tokio. W innej dzielnicy mieszkają dwie siostry, Haru i Aki. Tragedia Pearl Harbour i zniszczenie kraju przez straszne bomby krzyżują i zmieniają ich losy, doprowadzone do lat 1960. Pełna szczegółów z japońskiej tradycji i codzienności, rzecz o wojnie, pokoju, pracy i miłości. Refleksyjny ton, antywojenny wydźwięk.
22 listopada mam urodziny! :P
Mihara MItsukazu
BEAUTIFUL PEOPLE

Wydawnictwo: Hanami
Data premiery: 09-11-2009
"Beautiful People" to zbiór sześciu krótkich opowiadań o przytłaczającej codzienności, potrzebie akceptacji i samotności, zaprezentowanych w chłodnej, przejrzystej, czarno-białej stylistyce. Mitsukazu Mihara wykorzystuje popularne motywy i ikony kultury gotyckiej, takie jak: koniec świata, Frankenstein czy wampiry, by przy ich pomocy przedstawić współczesne psychologiczne historie z pogranicza rzeczywistości i fantastyki.
Upewnię się tylko, czy wszyscy zapamiętali datę moich urodzin - 22 listopad :P
A tak na poważnie, to bardzo ciekawa pozycja do przejrzenia i ewentualnego nabycia. Pytanie - skąd wziąć na to wszystko fundusze i czas? :P
I największe wydarzenie tej jesieni!!!
CARLOS RUIZ ZAFON
MARINA

Wydawnictwo: Muza
Data premiery: 16-11-2009
W trakcie pisania wszystko w opowiadanej przeze mnie historii stawało się jednym wielkim pożegnaniem, a kiedy już ja kończyłem, narastało we mnie wrażenie, że coś bardzo mojego, coś, czego do dziś nie potrafię nazwać, ale czego mi ciągle brakuje, zostało tam na zawsze. Piętnaście lat później nawiedziło mnie wspomnienie tamtego dnia. Zobaczyłem chłopca bładzacego pośród mgieł dworca Francia i imię Marina zabolało znowu jak swieża rana. Wszyscy skrywamy w najgłębszych zakamarkach duszy jakiś sekret. A oto moja tajemnica.
(fragmenty książki)
Barcelona, lata osiemdziesiąte XX wieku. Oscar Drai, zauroczony atmosferą podupadających secesyjnych pałacyków otaczających jego szkołę z internatem, śni swoje sny na jawie. Pewnego dnia spotyka Marinę, która od pierwszej chwili wydaje mu się nie mniej fascynujaca niż sekrety dawnej Barcelony. Śledząc zagadkową damę w czerni, odwiedzająca co miesiąc bezimienny nagrobek na cmentarzu dzielnicy Sarriá, Oscar i jego przyjaciółka poznają zapomnianą od lat historię rodem z Frankensteina i XIX-wiecznych thrillerów. Historię, której dramatyczny finał ma się dopiero rozegrać...
Kochanie moje! Zafoncio! Carlosiku! Uwielbiam! Dzięki Ci, żeś się skończył na tłumaczenie tego dzieła!
Czuję, że nie dożyję 16 listopada, nie dotrwam. Chyba każę się zamrozić i o odmrożenie poproszę na godzinę przed dostawą „Mariny" do księgarni.
Cóż mogę rzec w ramach komentarza? - Czekam! Czekam, kasę już odłożyłam, siedzę w księgarni i czekam, Zafonku, czekam niecierpliwie...
_______________________________________________________
Opisy książek pochodzą:
www.platon.com.pl
www.kapitalka.pl
Aria
Ilja Bojaszow
Wędrówka Murriego

А кот бежал и бежал...*
Abi już napisała świetną recenzję tej książki, więc moja wcale nie będzie taka długa, bo i po co?
Małe jest piękne... A małe książki są jeszcze piękniejsze. Bojaszow w swojej książce doskonale udowodnił tezę, że to nie my wychowujemy kotów, to koty wychowują nas. W Murrim zakochałam się od pierwszych stron. Takiego właśnie kota chciałabym mieć... Wielu rzeczy by mnie z pewnością nauczył.
Poza Murrim bardzo spodobał mi się świat widziany oczami kota. Człowiek nie jest w stanie zobaczyć domowików czy też duchów, a Murri tak. Scena, gdzie domowik płakał za opuszczającym dom właścicielem była niesamowita. Piękny był też opis pola bitwy, gdzie aniołowie zabierały dusze zabitych ludzi do nieba.
Życie jest wieczną drogą. Książka ta przecież opowiadała nie tylko o wędrówce Murriego, lecz także o wędrówce wszystkiego, co żyje na ziemi. A pocieszające jest jedno - każda wędrówka ma swój koniec.
_______________________________________________
*A kot biegł, biegł i biegł (ros.) - [Ilja Bojaszow, Wędrówka Murriego, Sankt Petersburg, 2007, str.71]
Aria
Tears to Tiara
[2009]

Dziś coś dla fanów fantasy!
Dni spokojnego plemienia zostają przerwane przez niespodziewane wtargnięcie kapłana, który za wszelką cenę pragnie obudzić boga demonów Arouna. Rzecz jasna potrzebna jest ofiara ludzka. Kapłan wiedząc o talencie magicznym jednej z mieszkanek wsi, Riannon, porywa ją za pomocą szantażu i rzuca na pożarcie śpiącemu Arounowi.
Lecz, co najdziwniejsze, pan demonów wcale nie pragnie krwi. Natomiast brat Riannon, Arthur, nie wiedząc o niczym, pragnie dokonać zemsty na Arounie.
Brzmi trochę nieciekawie i tak jakoś hm... schematycznie? Ogląda się tak samo, dopóki nie widzi się tego, co zrobiła Riannon, by ratować Króla Demonów ;) Po tym momencie najpierw się naśmiałam do woli, a potem nie mogłam się doczekać kolejnego odcinka ^^
Szczerze mówiąc tym, co przyciągnęło mnie do oglądania tego anime, był opening. Czegoś tak świetnego nie widziałam jeszcze w żadnym anime. Wszystko jest tak genialnie dopasowane z muzyką i takie dynamiczne, że nie można oderwać od tego rozpoczęcia oczu. A fragment z walką i rzucaniem jabłkiem jest mistrzowski!
Proszę, link do openingu - klik
Ending także był zrobiony z klasą, a raczej dwie jego wersję ;)
1. Taki nastrojowy... Piosenka mnie uwiodła. Doskonale skomponowane z tematyką fantasy - klik
2. Mój ulubiony! Te słowa pojawiające się na samym początku są magiczne, piękne, niesamowite.. - klik
Cała treść anime przypomina grę przygodową, czy coś w stylu RPGa. I w sumie nie ma się co dziwić, skoro anime to powstało na podstawie gry komputerowej.
Najbardziej mnie zadziwiło, że wrzucili do tego anime wszystko, od mitologii Greckiej z Prometeuszem na czele, poprzez cełtycką, aż po chrześcijaństwo, które odwrócone zostało do góry nogami. Pomysł dość karkołomny, a mimo to się udał. Byłam pod wrażeniem tego, jak to plastycznie i zgranie zostało wplecione w treść anime. Z początku łapałam się za głowę i zamykałam sobie oczy, ale potem się przyzwyczaiłam do tego „innego" spojrzenia i czułam się jak dziecko odkrywając coraz to nowe elementy europejskiej kultury.
Postacie nieco banalne. Niestety. Nad ich psychologią nikt się tam nie nasiedział. Niemal każdy z bohaterów dostał po jednej cesze i tę cechę ma niemal do samego końca z lekkimi zmianami poglądów na świat i siebie.
Riannon - taki melancholik no... Nie wiem jak ją inaczej określić. Dziewczyna odważana, ale taka dobra, że aż za dobra. Polubiłam ją dopiero pod koniec.
Arthur - brat Riannon. Wiecznie się rwał do walki i aż za bardzo chciał postępować tak jak trzeba.
Morgan - żeńska odmiana Arthura :P Taka zadziorna i bojowa dziewczyna. Tylko się zastanawiam, czy jej pieniędzy na strój nie starczało, bo taka niemal naga łaziła ^^
Ogam - taki mądry starzec, co w każdej historii pojawić się musi.
I parę innych bohaterów, którzy mnie strasznie denerwowali swoim ubóstwem świata wewnętrznego.
Ale były też i takie postacie, które na tle tej zgrai bladych osobowości, wypadły całkiem nieźle w moich oczach. Pierwszą z nich, a zarazem głównym bohaterem jest Aroun. Czemu wszyscy nie mogli być tacy jak Aroun?! Jeden z plusów tej postaci - jest spokojny. Po tym jak się naogląda, jak to Arthur i Morgan rwą się do walki, zaczyna się tęsknić za postaciami, które potrafią trzymać siebie w rękach. A Aroun potrafił i do tego był całkiem inteligentny, za co kolejny punkt wędruje na jego konto.
Taliesin - bard. I w sumie to by mi już wystarczyło, bo bardów lubię i Abi wie dlaczego :P Bard, ale nie do końca. Tutaj nie wszystko było wyłożone na talerzyku i o tym, jaki jest Talesin dowiadywaliśmy się aż do samego końca anime i nie obyło się bez paru niespodzianek.
Podobnie inteligentną, waleczną i opanowaną była Octawia. Podobał mi się jej majestat i duma. To była postać, która nie miała w zwyczaju padać na kolana przed nikim.
No i to by było na tyle. Niestety w polskim Internecie nie ukazały się jeszcze wszystkie odcinki i nie wiem, z czym związane jest to opóźnienie. Ale jeżeli ktoś jako tako zna angielski, bądź rosyjski, to bez problemu może obejrzeć już całość :)

Aria
Okakura Kakuzo
Księga herbaty

Mała niepozorna książeczka o filozofii i etyce. Małe jest piękne... Tak pomyślałam i sięgnęłam po nią. To, co z niej wyczytałam zachwyciło mnie i czułam gorzki żal, że ta książeczka jest taka mała. Z tego powodu recenzja też będzie krotka, o!
Polecam tę książkę tym, którzy kochają estetykę, Japonię i herbatę. Niech was nie zmyli nazwa. Ta książeczka opowiada nie tylko o herbacie, lecz także zahacza o kulturę dalekiego wschodu, o mentalność Japończyków i Chińczyków, o ich patrzenie na świat.
Rzecz jasna główne miejsce w tym małym eseju zajmuje herbata. Historia tego napoju jest przedstawiona w tak ciekawy sposób, że nie ciężko się nudzić czytając o nim. Okakura Kakuzo opowiada o narodzinach herbaty, o pochodzeniu jej nazwy. Lektura obowiązkowa dla wszystkich tych, co sądzą, że herbata pochodzi z Wielkiej Brytanii ;) I dla tych, co tak nie myślą, też ^^

Teraz, jeżeli ktoś zapyta mnie, za co kocham Japonię, odpowiem, by przeczytał „Księgę herbaty" :)
Aria

"A kot biegł, biegł i biegł..."
Niegdyś największą pasją mojego życia były koty. Nigdy niczym nie fascynowałam się tak jak nimi, czytałam o kotach każdą rzecz jaka wpadła mi w ręce, słuchałam każdego kto miał mi coś nowego o nich do powiedzenia (najbardziej pouczające były oczywiście wizyty u weterynarzy), a miałam kotów tyle co nie miara, i tych rasowych i tych zwyczajnych włóczęgów. Przez wszystkie lata zdobywania wiedzy i obcowania z tymi zwierzętami dokonałam pewnego istotnego dla mnie odkrycia - nie istnieje pisarz który umiałby oddać w swojej twórczości istotę kociego charakteru, tego co powoduje, że jedni tak je uwielbiają, a inni ich nie cierpią (nawiasem mówiąc istnieją dwie prawdy dotyczące ludzi i kotów: żeby je zrozumieć i pokochać trzeba być inteligentnym i dorosnąć do tego). Z powyższego powodu już od dawna nie interesowałam się książkami traktującymi o kotach - skoro ktoś wziął się za pisanie o nich, z pewnością spaprał sprawę i nie ma co tracić czasu na czytanie jego pisaniny.
Ale! Pewnego dnia znalazła się Aria, która w prostocie swojego słodkiego serduszka i nieświadoma nieudolności pisarzy w temacie kotów, nabrała przekonania, że „Wędrówka Murriego" jest z pewnością interesującą książką i jakimś sposobem udało się jej mnie o tym przekonać. Więc kiedy tylko wyrosła przede mną możliwość przeczytania tej pozycji, bez wahania po nią sięgnęłam. I przeżyłam nie lada zaskoczenie - Murri to nie kolejny słodki, bohaterski kotek, który ratuje dzieci z rwącej rzeki, albo jego ratują z niej, po czym staje się obiektem tkliwych rozczulań, ale to jest P r a w d z i w y K o t. Niesamowite. Ilja Bojaszow to pierwszy autor który zauważył, uchwycił i zaklął w opowieści tą specyfikę kociej natury, która nadaje kotom ich niezwykłość i sprawia wrażenie, że one widzą więcej i głębiej, że dostrzegają ciekawe rzeczy tam gdzie jest pustka i zdają się słyszeć najciekawsze rzeczy w najgłośniejszej ciszy. A dokonał tego wszystkiego w zaskakująco prosty sposób. Jaki? Odsyłam do książki. Za to należą mu się ogromne brawa i z tego powodu połowa tej książki choć boleśnie rzeczywista i nawet nieco brutalna (wszak wędrówka Murriego zaczyna się od wybuchu wojny), jest naprawdę oczarowująca i niepowtarzalna.
Niestety, tylko połowa - ponieważ tylko połowa „Wędrówki Murriego" traktuje o Murrim. Właściwie nie wiem dlaczego autor nie nazwał swojej książki po prostu „wędrówką", skoro historia tytułowego kota została raczej wykorzystana jedynie jako pretekst do opowiedzenia historii wędrówek wszystkiego co żyje, od planktonu po ufo (tak, dokładnie tak). „Wędrówka Murriego" z jednej strony jest rzeczywiście opowieścią o wędrówce władcy Murriego na przełaj przez Europę, a z drugiej strony wypełniona jest stertą rozważań filozoficznych na temat najzwyczajniejszego w świcie motywu literackiego życia jako wędrówki.
Cóż, trzeba oddać autorowi honor - wszak na samym początku, wielkimi literami, ostrzega, że teraz nastąpi nudny, choć niezbędny wstęp, a we wstępie jeszcze lojalniej zapowiada przyszłe niekończące się rozważania o niczym. Powiem tak - dla tych czytelników, którzy lubią filozofię będzie to wino i miód, dla tych którzy nie lubią - droga przez ciernie. Nie ukrywam, że ja wyszłam z tej wędrówki z mózgiem podziurawionym jak sito, ale czego się nie zrobi dla przeczytania o Prawdziwym Kocie? Gdyby nie to, że mam już przygotowane imię dla mojego przyszłego kota, który nastąpi po tym, którego rozpieszczam w tych dniach, nazwałbym go Murri (bo koniecznie musi to być kocur).
Tak więc, w książce poza Murrim spotkamy jeszcze panów Stouta i Belangera (z całym szacunkiem, ale obaj chyba mieli ciężkie dzieciństwo, i choć o tym nic nie jest wspominane, podejrzewam, że obaj żyli z państwowej renty przyznawanej szaleńcom), całą faunę i florę, ludzi o tysiąc stu narodowościach i znajdziemy zatrważającą ilość wiedzy na temat wielu nieprzydatnych do życia rzeczy. Czytając te wszystkie dygresje i wstawki dokumentalno-przyrodnicze nie mogłam opędzić się od okropnego podejrzenia, czy przypadkiem pan Bojaszow nie napisał tej książki po to tylko żeby pochwalić się ludzkości ilością i szerokością posiadanej przez siebie wiedzy? No, ale chyba nie powinnam poddawać w wątpliwość szlachetnych pobudek pierwszego pisarza, który tak pięknie oddał kocią naturę! Chociaż odkąd skończyłam „Wędrówkę" dręczy mnie jedno drobne pytanie - może ktoś zna odpowiedź? - czy w okolicach Warszawy hoduje się owce? Bo ja ile czasu mieszkam na Mazowszu nigdy nie widziałam, a pamiętam jak się zachwycałam kiedy zobaczyłam je pierwszy raz na żywo dopiero podczas wyjazdu w góry. Chociaż może i tu nie powinnam narzekać, bo może i autor Bojaszow nieco się machnął umiejscawiając psy pasterskie pod Warszawą, ale wszak umiejscowił swojego cudownego kota na chwilę i pod Warszawą i pod Petersburgiem, miastami zajmującymi pierwsze miejsca w sercach autorek bloga.
Na zakończenie (a w „Wędrówce Murriego" było ono naprawdę udane) książkę polecam zarówno zwolennikom kotów, jak i filozofii wędrówki, a także każdemu innemu czytelnikowi który będzie miał akurat ochotę na lekturę książki w ładnej okładce. „Wędrówka...", mimo że tak cienka (cóż to jest - 200 stron dużymi literami?) jest zaskakująco wielopłaszczyznowa i można wiele w niej się doszukać. Powiedziałabym, że chwilami tak dużo, że skończyłam czytać ją z radosną ulgą, że nie ma już nic więcej i teraz pozostaje mi tylko możliwość rozwodzenia się nad jej walorami.
"KONIEC."
Abi
Z dedykacją dla Ł. A.
Charles Dickens
Wielkie nadzieje

'Przeczytałem Wielkie nadzieje dziewięć razy z rzędu, po trosze dlatego, że nie miałem pod ręką innej książki, ale też i dlatego, że nie mogłem sobie wyobrazić, by istniała lepsza książka, i zacząłem podejrzewać, że pan Dickens napisał ją tylko dla mnie.'
(Carlos Ruiz Zafόn Gra Anioła)
Czytając te słowa pewnej nocy, byłam na samym początku odkrywania książki, która stała się jedną z ważniejszych książek mego życia. Otóż czytając Grę Anioła już po kilku pierwszy stronach, zaczęło mi się zdawać, że Zafón napisał tę książkę tylko dla mnie...
Jakież było me zdziwienie, gdy główny bohater Gry Anioła powtórzył me myśli, mówiąc o Wielkich nadziejach Dickensa. Już wtedy obiecałam sobie, że je przeczytam. I może z lekkim poślizgiem czasowym, ale obietnicy dotrzymałam. Dziękuję, Ł. A., gdyby nie Ty, ów poślizg czasowy z pewnością byłby dłuższy.
A teraz porozmawiajmy o dziele pana Dickensa... Zdecydowanie jest to książka, którą mogę polecić każdemu i nie ważne, ile kto ma lat.
Mały Pip jest sierotą, którego 'własnoręcznie' wychowała jego siostra. Swoich rodziców chłopiec nie poznał i wnioskował o ich cechach wyglądu z kształtu liter na nagrobkach.
Pewnego wieczoru, stojąc naprzeciwko mogił swych rodziców, Pip spotyka zbiegłego więźnia, który żąda od małego chłopca pomocy w postaci żywności i pilnika. Pip wypełnia życzenie nowopoznanego i...
'Przerwij na chwilę ty, który to czytasz, i pomyśl o długim łańcuchu złotych czy żelaznych ogniw, cierni czy kwiatów, które by nigdy ciebie nie oplątały, gdyby nie było jakiegoś jednego ważnego i pamiętnego dnia w twym życiu.' *
Każdy z nas ma w swoim życiu wielkie nadzieje. Jedni je pielęgnują i do nich dążą, inni jedynie przymkną na moment oczy, pomarzą i nachmurzą brwi, odrzucając zbyt nierealne wizje. Nie każdy jednak wie, że nasze własne życie tkamy my sami i to my wybieramy kolor jego nici.
Wielkie nadzieje opowiadają historie wielu ludzi i każdy z nich miał swoje nadzieje. Jednym się one spełniły, inni spędzili całe życie w oczekiwaniu na ich spełnienie, inni okłamywali siebie, że nadzieje już są spełnione, a jeszcze inni pogrążyli się w wielkiej rozpaczy, gdy ich nadzieje legły w gruzach.
Książka ta jest pełna przykładów różnych żyć ludzkich i sposobów, w jaki człowiek reagował na zyskanie bądź utratę swojej nadziei. Myślę, że każdy z łatwością w tej książce może odnaleźć siebie. Wszyscy my marzymy i wszystkim nam jedne marzenia się spełniają, a inne nie.
Bardzo, chyba najbardziej ze wszystkich, poruszyła mnie postać miss Havishman. Kobieta, która po stracie swych wielkich nadzie zatrzymała czas w swoim domu i trwała aż do śmierci w chwili, gdy wszystkie jej marzenia pękły, pozostawiając tylko ból.
Trwanie w chwili rozpaczy... Utrata nadziei powoduje ból, to prawda. Może on trwać latami, miesiącami, bądź zaledwie chwile. Jednak miss Havisham uczyniła z tej chwili rozczarowania sens i tryb swego życia. Na zawsze pogrążyła się w jednej chwili i umarła w niej.
Główny bohater, Pip, także nie uszedł mej uwagi. Przez całą książkę lekko mnie irytował swym postępowaniem i miałam ochotę wejść do akcji powieści i potrząsnąć go za ramiona. Jego błędy było widać jak na dłoni. Jednak zalety, pojawiające się z rzadka, jednak przy pojawieniu wybuchające jaskrawym światłem, przyćmiewały wszelkie niedociągnięcia.
Są tu postacie pełne dobroci, które z chęcią od razu postawiłabym w szereg świętych. Czasami nie potrzeba wielkich słów, by powiedzieć coś, co mądrością przyćmi wszystkie publikacje mądrych profesorów. Taki właśnie był Joy, mąż siostry Pip'a. Wydaje się, że był prostym, zwykłym kowalem, który znał tylko dwie litery - 'J' i 'O'. A mimo to jego filozofia życia mogłaby niejednego zmusić do przemyślenia swojego postępowania. Mnie zmusiła.
Bardzo poruszył mnie sposób, w jaki Joy traktował swoją żonę, a raczej jego uległość i pozwalanie krzyczenia na siebie i bicia. Kowal bity przez kobietę! Losie! Byłam zbulwersowana. Byłam, dopóki nie przeczytałam słów Joy'ego, które doprowadziły mnie do łez:
'Oto nie wychodzi mi z pamięci moja biedna matka. Taka zahukana, zmęczona, nieszczęśliwa, moja matka, która miała zawsze zadręczone serce i nigdy spokoju w tym życiu. I jak sobie ją przypomnę, to tak się boję, by kobiecie nie zrobić krzywdy, i już z dwojga złego wolę sam trochę przesadzić w pobłażliwości niż w krzywdzie, już wolę sam trochę pocierpieć.' **
Teraz zanim nazwać kogoś pantoflarzem, trzy razy się zastanowię...
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam tak długo jakąś książkę. Po części to była wina pracy, po części wpływ tego, że z postaciami Dickensa trzeba spędzać dużo czasu, nie można po nich przelecieć powierzchownie oczami. Z nimi należy siąść i porozmawiać. Z każdym. Każdy ma swe powody, swe grzechy i dobre uczynki. Nawet ci, których Dickens uczynił czarnymi charakterami. To ludzie, którzy od początku skazali swoje wielkie nadzieje na niespełnienie i zajęli się niszczeniem cudzych wielkich nadziei.
To książka, którą nie tylko się czyta, lecz z którą się żyje. Poznaje się bohaterów, ich czyny i powody tych czynów. Współczuje się im, oskarża się ich i próbuje się ich tłumaczyć. Przed kim? Przed samym sobą. Jedynym sędzią w tej książce jest sam czytelnik. Dickens nie osądza. Pokazuje los, który nagradza i zabiera. Czy robi to sprawiedliwie czy też nie, odpowiedź należy do nas.
'...nie mogłem sobie wyobrazić, by istniała lepsza książka...' - tak, Davidzie, teraz rozumiem czemuś przeczytał ją dziewięć razy z rzędu. A los Twój jest tak bardzo podobny do losu Pip'a... Czyżby ludzie dziedziczyli losy bohaterów książek, napisanych 'tylko dla nich'?
_____________________________________________________________
Cytaty pochodzą z:
*Charles Dickens Wielkie nadzieie, Warszawa 2009, str.85
**str.59
Aria
Spice and wolf II
[2009]

Ach... Dobrego anime jest mało, świetnego jeszcze mniej, a Spice & wolf jest tylko jedno. No powiedzmy dwa, biorąc pod uwagę, że wyszedł już drugi sezon. I o nim właśnie chciałabym wam dziś opowiedzieć.
Błogosławieni Ci, co znają rosyjski, bowiem oni już skończyli oglądanie drugiego sezonu S&W <strzałeczki na Arię>.
Ach...
Ach...
Ach...
Aż żal... Aż wam zazdroszczę, że zakończenie S&W II wciąż przed wami.

Kręcą się koła powozu Lawrenca... Słodka Horo śpi. A droga prowadzi do ojczyzny wilczej bogini. Przez ostatni rok podróżnicy wiele przeszli, dobrze poznali jeden drugiego i przywiązali się do siebie. Nauczyli się pracować razem i przedzierać się poprzez skomplikowane [możliwe, że tylko dla mnie] lasy zasad średniowiecznej ekonomii i handlu. Nauczyli się żyć razem i podróżować, a więc pozostało im tylko pojąć własne uczucia.
Oboje wiedzą, że ich wspólna droga w końcu się skończy, nie wiedzą jednak co będzie dalej. Lawrence chciałby, by podróż ta trwała wiecznie, a Horo zdaje sobie sprawę, że nie da się pogodzić jej wieczności i śmiertelności jej kompana.
Ale! Na razie nikomu na umieranie się nie zbiera, Lawrence jeszcze funduszu emerytalnego nie wybrał, a więc można przespokojnie oglądać przygody najbardziej oryginalnej pary tego wieku ^^

Muszę przyznać, że drugi sezon tylko w dwóch miejscach ustępował pierwszemu - po pierwsze, gorsza kreska, po drugie, nie tak nastrojowa muzyka w openingu.
Do kreski w końcu się przyzwyczaiłam, do openingu też. I muszę powiedzieć, że muzyka też wcale nie jest taka zła. Poza tym trzeba przyznać, że rozpoczęcie jest świetnie skomponowane, każdy kadr i scena doskonale wpisują się w rytm muzyki. Ending także nie był zły. Taki radosny ;]
Oglądając to anime, miałam ochotę zrobić sobie transparent 'Więcej Horo, mniej handlu!' no ,ale kto by mnie tam posłuchał... Swoją drogą trzeba przyznać, że Horo pokazała siebie z trochę innej strony niż w pierwszym sezonie. Zawsze mądra i twarda bogini zmieniła się nagle w samotną i delikatna kobietę. Rzecz jasna były to krótkie momenty, jednak pozostawały na długo w pamięci widza.
![]()
Stosunki między Horo i Lawrencem także się rozwijają nieco dynamicznie niż w pierwszym sezonie. Pierwsza kłótnia i kilka innych rzeczy, których nie mogę zdradzić tym, co nie oglądali ostatniego odcinka. Mogę jedynie powiedzieć, że nie pozostawia niedosytu tak, jak ostatni odcinek pierwszego sezonu, ale nie ma w sobie ani krzty ze stereotypowości. Także mam nadzieję, że nikogo zakończenie nie rozczaruje.

Trzeba też zaznaczyć, że pojawił się w drugim sezonie pewien element, który rzecz jasna był już i wcześniej, jednak nie przyciągał tak dużej uwagi. Otóż niemal oddzielną rolę gra w 12tu odcinkach S&W ogonek Horo. Pięknie ujawnia jej nastroje.
A najlepszy ku temu przykład, to fragment, gdy Lawrence i Horo siedzą razem na łóżku, wilczyca jak zwykle merda gonem, a Craft w pewnej chwili nie wytrzymuje i kładzie na ów ogon rękę. I nagle - co jest strasznie rzadkie - Horo się rumieni i wyraźnie pokazuje swemu towarzyszowi, że nie życzy sobie czegoś takiego i że nie wolno dotykać jej ogonka tak nagle i bez uprzedzenia. A w powietrzu pojawiają się domysły oglądających, co takiego z tym ogonem jest, że nie można go dotykać byle komu i byle kiedy. No a wnioski każdy wyciąga swoje zależnie od swego zepsucia ;)

Handel tez odgrywał tu jedną z głównych ról. Nie zawsze łapłam, o co im wszystkim chodziło i pocieszałam się myślą, że jestem tylko małym filologiem, a nie ekonomistką. Ale mimo wszystko, ów handel uczynił końcówkę sezonu taką, jakiej się nie spodziewałam. Z resztą sami obejrzycie ;)
Atmosfera - jeden z głównych atutów obu sezonów S&W. To ona kazała mi oddać temu anime serce [sorry, chłopcy, nici ze ślubu, ja już serce oddałam, a posag zostawię sobie ;P]. Drugi sezon nie zawiódł. Były sceny, które chciało się oglądać znowu i znowu. Rozmowa Eve i Lawrenca nocą. Wycieczka po stare księgi do piwnicy. Ogród i pokój pełen książek. Rozmowa Horo i Lawrence'a w ostatnim odcinku...

Omówiłabym jeszcze parę kwestii, ale boję się, że mogę zepsuć wam końcówkę sezonu, poprzestanę więc na tym, co jest. Życzę miłego oglądania i czekam na wasze wrażenia ^^

P.S. Podejrzewam, że ta recenzja pobiła rekord pod względem ilości zdjęć. Jednak znalazłam tyle pięknych ujęć, że nie mogłam się powstrzymać i musiałam je wszystkie tu wkleić, a więc proszę o wyrozumiałość.
Aria

Mariusz Sieniewicz
Czwarte niebo

„Rozgrywająca się na pograniczu jawy i snu historia młodego, wyalienowanego polonisty. Zygmunt Drzeźniak spędza czas na rozmyślaniach, a jego ulubionym zajęciem jest obserwacja nieba i szczegółowa analiza przebogatego świata chmur i chmurek. Pewnego wieczoru, stojąc na kominie z rękoma zanurzonymi w wilgotnym futrze chmury przypominającej żubra, Zygmunt spotyka nieznajomego. Ów tajemniczy mężczyzna otwiera mu oczy na rozgrywające się wokół niecodzienne wydarzenia. Oto w miasteczku pojawia się demoniczny biznesmen wraz ze swą barwną świtą. Jego rozległe plany i wielkie inwestycje dzielą mieszkańców na dwa zwalczające się obozy: jedni widzą w nim zbawcę, drudzy zaś narzędzie szatańskiego spisku. Zygmunt odrzuca pokusę zaangażowania się w zagadkową historię i powraca do labiryntu własnej świadomości. Okazuje się jednak, że po tych doświadczeniach świadomość została sprowadzona na ziemię. Powieść napisana barwnym i sugestywnym językiem przynosi intrygujący obraz ułomnego, a zarazem magicznego świata podmiejskich dzielnic, ulic, parków, kamienic i ich mieszkańców."*
Kolejna książka z polecenia... Zwykle bardzo sceptycznie podchodzę do polecanych pozycji i mam na to kilka powodów. Jeden z ważniejszych to taki, że moja własna lista książek, które chce przeczytać jest tak ogromna, że będą mnie musieli z książkami pochować. A drugi, nie mniej ważny, to taki, że każdy człowiek jest inny i jak ktoś może wiedzieć, co przypadnie do gustu choremu umysłowi Arii?
Ale tak jest zwykle. Czasami też bywa niezwykle i ot czytam już drugą książkę poleconą przez tę samą osobę. Pierwszą był „Klub Dumas" :)
Cóż mogę powiedzieć... Z początku urzekł mnie w „Czwartym niebie" opis Olsztyna, a szczególnie Zatorza. Ja, jako mieszkanka tego niezbyt malowniczego, a mimo to pięknego w swej skromności, miasta z pewnością odczułam zachwyt czytając o ulicach, którymi chodziłam nie raz, opisanych w tak metaforyczny i błyskotliwy sposób.
Doprawdy, Sieniewicz ma talent do metafor. Są one trafne i naturalne jak nigdy. Nie przytłaczają patosem, nie są zbyt upudrowane. Nie narzucają się, a z drugiej strony uderzają swą prawdziwością. Pokochałam tę książkę właśnie za metafory i przez nie spędziłam z „Czwartym niebem" prawie całą noc.
Denerwowały mnie strasznie angielskie słowa napisane nie w oryginalnej pisowni, a spolszczone na piśmie. Moja filologiczna dusza ściskała się mocno i jęczała na widok każdego takiego tworu. Jednak musze usprawiedliwić Sieniewicza myślą, że taki właśnie miał zamiar i zrobił to w konkretnym celu. Jakim? Żeby to zrozumieć, trzeba po prostu przeczytać jego książkę.
Czy „Czwarte niebo" ma przesłanie? Owszem, ma. Ma go wiele. Jest rozdrobnione na milion kawałków i niektóre z nich nakazują pomyśleć i spojrzeć w gwiezdne niebo.
Nie będę jednak polecać nikomu tej książki. Jest bardzo specyficzna i napisana jest specyficznym językiem. Żeby ją przeczytać, trzeba po prostu coś takiego lubić. Nie powiem, że ja sama osobiście lubię ten gatunek, jednak od czasu do czasu mogę sięgnąć i po coś takiego. I zrobić to z przyjemnością.
Dla tych, którzy jedna się zainteresowali, mam radę - zajdźcie do biblioteki bądź księgarni i przeczytajcie parę stron tej książki. I wtedy z pewnością będziecie wiedzieli, czy chcecie ją przeczytać w całości :)
P.S. Jest taki jeden cytat z „Czwartego nieba", który po prostu muszę zadedykować Abi ^^
„Od strony cmentarza ta limuzyna jechała! A u Józefa też cmentarz, nie? Wiadomi, jak to ugryźć, jak rozumieć, gdy tylko kościoły, cmentarze i cerkwie wokoło? Limuzyna jakaś dziwna, różowa, no i deszcz, charty... Ten olbrzym krwiożerczy, jak smoła czarny, owłosiony. Małpa prawie. Nie wiem, stary, nie wiem. Starzy ludzie powiedzą, że to Szatan."**
A czemu? Bo różowy to kolor szatana! :P
________________________
** Mariusz Sieniewicz "Czwarte niebo", Warszawa 2003, str.72
Aria
DOM CÓREK
Sarah-Kate Lynch

Prawdę mówiąc, szkoda sobie strzępić języka na tę książkę. Zapowiadała się obiecująco, ale sromotnie zawiodła. Autorka pokazuje historię trzech sióstr, których życie w momencie rozpoczęcia książki znajduje się w, jakby nie patrzeć, beznadziejnym punkcie. I cała akcja zmierza do tego, żeby uczynić je szczęśliwymi. Może nawet bym coś takiego przełknęła, bo w sumie lubię książki o zmianie i przemianie, ale to co prezentowane jest tutaj jako środki do osiągnięcia rzeczonego szczęścia i stan w którym bohaterki uznają się za szczęśliwe, są dla mnie co najmniej bardzo wątpliwe, jeśli nie są jedną kupą bzdur. Szkoda. W sumie miejsce gdzie się rzecz dzieje jest ciekawe, inne, a i nie do pogardzenia są informacje na temat produkcji szampana w Szampanii, podane w sposób przystępny i łatwostrawny, giną jednak wśród dziwactw bohaterek. Poza tym, metafory i porównania są zazwyczaj zupełnie chybione. Stracony czas, i autorki, i czytelnika.
Romeo x Julia
[2007]

„Czy ty mnie kochasz?!
Wiem, Że mi odpowiesz „tak" ;
ja uwierzę..."
William Shakespeare... Doprawdy wielki człowiek. Był, jest i będzie wielkim człowiekiem. Bo to przecież on stworzył tyle schematów literackich...
Tragedia „Romeo i Julia" od zawsze miała dla mnie przeogromne znaczenie. Sam jej tekst fascynował odkąd pierwszy raz go przeczytałam, potem audiobook, nagrany przez aktorów, który słuchałam przez kilka miesięcy przed snem. Musical, filmy... Najbardziej w pamięć zapadła mi ekranizacja Romea i Julii z Leonadrem DiCaprio w głównej roli. Wiem, wiem, wielu teraz się skrzywiło. Ale ja płakałam przy tym filmie jak nigdy. Pamiętam to jak dziś. Była już późna noc, wszyscy spali, a ja siedziałam zalana łzami przed ekranem i patrzyłam na lecące napisy. Za każdym razem, kiedy czytam, słucham, bądź oglądam tę tragedię, mam nadzieję, że skończy się inaczej. A oglądając tę właśnie ekranizację, pragnęłam tego jeszcze bardziej. Możliwe, że dlatego po raz drugi już tego filmu nie obejrzałam.
Dwa lata temu Japończycy stworzyli swoją własną wersję „Romea i Julii" i to jaką! W wersji anime ^^. Podeszłam do tego tworu bardzo sceptycznie, bo co tak naprawdę mogą wiedzieć mieszkańcy Japonii o dziele Anglika? Stwierdziłam, że nic i nie ruszałam tego anime przez długi czas, aż niedawno z powodu ciszy A&Aowej i chęci obejrzenia czegokolwiek, sięgnęłam po nie.
Pierwszy odcinek nie zrobił na mnie w ogóle wrażenia. Co to za przeproszeniem jest? - pytałam się, widząc jak Japończycy wszystko powykręcali do góry dnem. Obejrzałam, prychnęłam i odstawiłam.
Następnego dnia sięgnęłam po kolejny odcinek. Czemu? Tak jakoś... Abi wyjechała nad błękity morskie i Aria musiała sobie czymś zająć czas, by nie zwariować z tęsknoty. Po obejrzeniu drugiego odcinka ocknęłam się, gdy już byłam na siódmym. I jedynie myśl „Aruś, jutro do pracy", kazała mi nie oglądać ósmego.
Owszem, Japończycy wiele zmienili, zachowując główne punkty tragedii Shakespeare'a. Dodali wiele własnych motywów i postaci. Udało im się opowiedzieć tę historię na nowo, w zupełnie inny sposób. Raziły mnie bardzo wątki fantasy, jednak pod koniec stwierdziłam, że gdyby nie one, zakończenie nigdy nie byłoby tak piękne. A było... Bardzo piękne...
Ale może po kolei:
Kreska - okropna! Dziko mi się nie podobała, ale jakoś się do niej przyzwyczaiłam. Z resztą ja do kreski podchodzę bardzo krytycznie. Jedynie w obu sezonach „Ef" nie miałam w sumie zastrzeżeń. Julia to by mogła być trochę ładniejsza, a Romeo nie aż taki dzieciakowaty. Chociaż za Tybalta oddzielne wielkie podziękowania dla twórców tego anime.
Jednak sceny walki, czyli sposób w jaki postacie posługiwały się mieczem i jak latał przy tym ich płaszcz, był dla mnie prześwietny. Gracja i majestat. Mogłabym to oglądać i oglądać.
Wnętrza także robią piorunujące wrażenie. Co tu się udało, to właśnie to. Pałace, domy, świątynie, kościoły - są niesamowite i niemal prawdziwe. A posągi aniołów wgniatają w ziemię.
Muzyka - momentami była genialna. Opening jeden z lepszych jaki widziałam. Wszystko ładnie zgrane i dopasowane, jednak mimo to nie tak doskonałe jak w „Tears to Tiara", bo tam opening to dzieło sztuki według mnie. Ending zupełnie nie zgrany z treścią utworu, a mimo to spodobał mi się bardziej niż opening. Taka nagła zmiana nastroju następuje dzięki niemu. A gdy go po kilku nastym odcinku zmienili na bardziej tematyczny i pasujący do tego anime, to zatęskniłam za starym.
Shakespeare a anime:
Postacie - Omówię tylko kilka, bo gdybym miała powiedzieć coś o każdym, to nie poszłabym dziś spać, a jutro kolejny dzień w pracy, kolejne sprzedawanie podręczników i kolejni dziwni ludzie, którzy chcą kupić w księgarni czepek na basen...
A co do postaci, to byłam w szoku... Poprzewracanie wszystkiego do góry dnem to mało powiedziane - co nie znaczy, że osiągnęli zły efekt.
Julia - jakaś taka zbyt bojowa czasami. Niby ma swoje uczucia i przeżycia, a mimo to w porównaniu do Shakespirowskiej Julii, wydaje się jakaś nijaka.
Romeo - za idealny, stanowczo za idealny. Dobry, grzeczny, ułożony i nic tylko współczuć okrutnego ojca. Nie wierzę, by żyjąc w takiej sytuacji, nie mógł się wścieknąć ani razu i porządnie nie zakląć. Trochę ta świętość jego mnie irytowała.
Escalus - to co z nim zrobili w ogóle nie podlega komentarzowi. Wciąż jestem w lekkim szoku.
William - Co? Shakespeare we własnej osobie? I to w jakiej? Ręce mi się opuściły... No ale jakoś to przetrwałam.
Tybalt - o mój mistrzu ^^ Takich to Arie lubią najbardziej. Tajemniczy, skryty, przystojny, odważny, przystojny, wszystko wiedzący i przystojny. Czemu on nie było Romeo?!
Ślub - O losie... W sumie nie zrobili z tego takiego typowego ślubu, a raczej przysięgę, ale jakże pięknie to pokazali. Ten opuszczony kościółek z irysami na zawsze pozostanie jednym z moich ulubionych miejsc z anime. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że musiałam kilkakrotnie obejrzeć tę scenę.
Scena balkonowa - pojawiła się tak nagle, że aż zamarłam z zachwytu nad jej cichym i niepozornym wejściem. Była szybka krótka, pozbawiona całego patosu Shakespirowskiego. A mimo to była piękna. Szczerze mówiąc, zawsze jest. Potrzeba doprawdy talentu, by zabrać tej scenie piękno i nastrój.
Montecchi & Capuletti - jedna z większych wad tego anime to sposób, w jaki przedstawiły te dwa rody. Zupełnie oczerniły Montecchi, to oni byli winni we wszystkich grzechach świata, a z Capuletti'ch zrobiono biedne owieczki. W tym momencie zatraciło się całe przesłanie Shakespeare o zwaśnionych ze sobą rodach.
Miłość - to, co u Shakespeare jest na głównym miejscu, tu zostaje zepchnięte na plan boczny. Tak samo jak i walkaa rodów, niedojrzała miłość Romea i Julii staje się dodatkiem, a nie punktem, na którym kulminuje się uwaga czytelnika. Na pierwsze miejsce wysuwa się walka o tron (tak, tak, o tron). A gdy już dochodzi do wygrania jednej ze stron, jakoś nie wiadomo po co ta walka właściwie była i zostaje zdławiona przez kolejne wydarzenia.
Ogólnie muszę powiedzieć, że anime nie jest złe. Nie zawiedzie was, jeżeli nie spodziewacie się wiernej ekranizacji „Romea i Julii". Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a z miejsca siedzenia Japonii tragedia Shakespeare musi wyglądać zupełnie inaczej. Mimo to spędziłam przyjemnie czas oglądając te 24 odcinki, parę łez wylałam ze wzruszenia, bo jakże nie płakać przy takiej tematyce. No ale ten temperament tak ma, prawda Abi? ^^
Słowem, polecam :)
„Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo!
Wyrzecz się ojca i odrzuć nazwisko..."

Aria
Chata
William Paul Young
Ziemia jest pełna nieba
A każdy zwykły krzew płonie Bogiem
Ale tylko ci którzy widzą zdejmują sandały;
Reszta siada i zrywa jagody.
Elisabeth Barrett Browning
Niesamowita książka. Przede wszystkim zaskakuje. Fajerwerków nie ma, ale za to jest parę tysięcy innych rzeczy. Nie mogę powiedzieć Wam czego oczekiwać, ale z pewnością czegoś co warto przeczytać.
OFERTA: weekend w malowniczo położonej chacie, sam na sam z Bogiem.
CENA: życie ukochanej przez ciebie osoby, okrutnie jej odebrane.
Jacyś chętni?
Jednak jeśli nie jesteś Mackenziem Allanem Philipsem, którego wybór został drastycznie ograniczony, za nieporównanie niżą cenę możesz dostać niesamowity zapis rozmów człowieka współczesnego i Boga. Fantastyczne i nadzwyczaj proste, choć nie łatwe, wyjaśnienie kwestii które tak często wydają się nierozwiązywalne. Głupio było by nie skorzystać.
Niestety, zaczyna się dosyć siermiężnie. Najpierw ładnie, poetycko z mnóstwem uroczych metafor (Aria w swojej recenzji Chaty prezentowała już najciekawsze), ale potem Young przechodzi do opisania wydarzeń sprzed weekendu w chacie i robi to w sposób iście reporterki - najzwyczajniej w świecie rzetelnie i szczegółowo opisuje wycieczkę i wydarzenie prowadzące do chaty, przyznam dość męcząco, bo i tak wiadomo co będzie. Przez pierwsze 90 stron trzeba po prostu przebrnąć, ale warto. Warto dla tego co jest później i tego, żeby poczuć i zrozumieć Macka.
Długo nie mogłam się za to zabrać oczekując po książce jakichś wyssanych z palca ciężkich wywodów filozoficznych, nudnej scenerii, niepojętej skomplikowaności. Nic bardziej mylnego. To jest naprawdę coś nowego, coś co się już nie powtórzy. Chata pokazuje ludzi nie, jak zawsze, z ich własnego punktu widzenia, ale pokazuje ich z punktu widzenia Stwórcy. Daje niesamowite wejrzenie do Jego serca. Nie mówi o wszystkim, porusza tylko pewne aspekty życia, ale w tak niepowtarzalny sposób, że nigdy tego nie zapomnę. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam patrzeć na różne rzeczy z innej, nowej, niesamowitej perspektywy. Jak poukładała mi rzeczy nad którymi od dawna się biedziłam, jak zaskoczyła mnie i nawet trochę oburzyła. Na niektóre rzeczy początkowo nie zwróciłam uwagi, ale kiedy bezwiednie je zapamiętując zaczęłam iść z nimi w kolejne dni, zaskoczyło mnie, że są tak bardzo prawdziwe, proste i piękne. Książka bezsprzecznie trafia na listę moich ulubionych. Czuję, że dużo jeszcze w niej odkryję, bo mimo wszystko niektórych rzeczy ciągle w niej nie rozumiem. A to co odkryłam, naprawdę ubarwiło mi życie.
Bóg słucha funku?
Nie pozostaje nic innego jak powtórzyć cytowane na okładce słowa Mike'a Morrella „Jeśli zamierzacie przeczytać jedną powieść w tym roku (tygodniu, miesiącu?), niech to będzie właśnie ta" i Kathy Lee Gifford - „Chata na zawsze zmieni sposób, w jaki myślicie o Bogu".
A Sarayu wbiła mnie w fotel najbardziej. Też ją kocham! Ona na wszystkich tak działa.
A „normalność to mit";]
Abi
Kobo Abe
Kobieta z wydm

Jestem zdania, że każdy szanujący się czytelnik powinien w swoim życiu przeczytać chociaż jedną książkę Kobo Abe. Ja sięgnęłam po „Kobietę z wydm" i z ręką na sercu muszę wam powiedzieć, że z pewnością nie będzie to ostatnia książka tego pisarza, którą skierowałam swoją rękę.
Kolekcjoner i badacz owadów zapuścił się na pustynię w poszukiwaniu nowego gatunku, który miał mu zapewnić nieśmiertelność jego imienia, które zostanie zapisane tuż obok łacińskiej nazwy owada, którego właśnie ma odkryć i już na wieki pozostanie w ogromnej encyklopedii.
Wśród wydm znajduje się wioska pochowana w morzu pisaku dosłownie i w przenośni. Każdy dom, z powodu wiecznego przemieszczania się piasku, znajduje się w ogromnym dole. Mimo to nie przeszkadza to ludziom mieszkać w tym miejscu. Do tego mężczyźnie zaproponowano nocleg w jednym z tych domostw i ten przystał z chęcią na propozycję. Miejsca do spania użyczyła mu młoda samotna kobieta. Spędził w domku schowanym w dole całą noc, z myślą, że następną noc spędzi już w innym łóżku. Jednak w życiu jutro zawsze jest niepewne...
Czytając tę książkę miałam wrażenie, że piasek chrzęszczy mi na zębach. Opisy piasku, będącego wszędzie, były oszałamiające i wywarły na mnie tak ogromne wrażenie, że już nigdy nie spojrzę na tę skałę tak samo.
„Kobieta z wydm" ma zaledwie 150 stron, lecz zawarte w niej myśli i słowa chyba nigdy nie opuszczą mojej głowy.
Niemal przez każdą stronę przewija się pytanie, po co się żyje? Co jest ważniejsze, środek czy cel? I te dwa poglądy zderzyły się ze sobą w tym ogromie piasku. Środek czy cel? A może środek staje się celem?
Swoją drogą bardzo odpowiednie pytanie dla naszych czasów, kiedy niektórzy pracują po to, by pracować, nie znajdując innego celu w życiu. Żyją, by pracować, pracują, by żyć. Pytanie, czy są szczęśliwi? Myślę, że nie można osądzać ich z góry. Czasami taki sposób życia może sprawić szczęście. Gdy środek staje się celem... Bo przecież, gdy już osiągniemy cel, środki nie są nam potrzebne, na cel również już nie czekamy, bowiem go osiągnęliśmy, i wtedy pojawia się przed nami ogromna pustka. A człowiek jest istotą, która owej pustki się obawia. Więc czy możliwe jest, że robimy wszystko, wybieramy coraz to trudniejsze środki, by uniknąć owej pustki i tym samem nigdy nie osiągnąć celu.
Kobo Abe w swojej książce po mistrzowsku pokazał mi, że gdy już mamy cel w garści, zaczynamy się wymigiwać od schwytania go.
Jednak nie tylko te kwestie porusza „Kobieta z wydm". Wielkie wrażenie wywarły na mnie słowa, które opisały pisanie i pisarzy:
„Mówisz, że chcesz zostać pisarzem, to po prostu zwykły egoizm; chcesz wyróżnić się spośród marionetek i zostać ich animatorem. W istocie nie ma różnicy między tym, co chcesz robić, a malowaniem się kobiet..."**
Doprawdy... Nigdy się nie zastanawiałam, jaka jest różnica pomiędzy pisaniem, a pisarzami. To przypomniało mi wstęp „Być jak płynąca rzeka" Paula Coelho. Co jak co, ale wstęp tej książki na długo pozostał w moich myślach. Zachęcam was do przeczytania go. Ale zaznaczam, zachęcam tylko do wstępu, a nie do całości. Jeżeli pamiętacie moją recenzję „Być jak płynąca rzeka", to będziecie wiedzieli czemu ;)
Ale wróćmy do „Kobiety z wydm". Książka ta jest arcydziełem - to jasne. Mimo nieco męczącego początku, okazała się jedną z perełek literackich. Dokładność metafor zabija wszelkie niedomówienia i zmusza do refleksji. Po przeczytaniu tej książki, miałam ogromną ochotę z kimś o niej porozmawiać. A dokładniej nie o niej, a o tym, co powiedział Kobo Abe przez nią... Japonia dała wiele darów światu - niepowtarzalną estetykę, osobliwe piękno i ogromną mądrość, która schowana jest między innymi w tak pięknych książkach jak "Kobieta z wydm".
P.S. Będę niezmiernie szczęśliwa, jeżeli dzięki tej recenzji ktoś z was sięgnie po „Kobietę z wydm" :)
_________________________________________________________
Cytaty pochodzą z:
* Kobo Abe "Kobieta zz wydm", Warszawa, str.136
**str.71
Aria
Aleksander Dumas (syn)
Dama Kameliowa

„Hugo napisał "Marion Delorme", Musset - "Bernerettę", Aleksander Dumas - "Fernandę", myśliciele i poeci wszystkich czasów składali kurtyzanie w ofierze swe miłosierdzie, niekiedy zaś wielki człowiek rehabilitował je mocą swej miłości czy nawet prestiżem swojego nazwiska."**
„Klub Dumas" zachęcił, a może wręcz wymusił, bym sięgnęła po twórczość Dumasa. Niestety na wyciągnięcie ręki, czyli na półce, miałam tylko „Damę Kameliową" Dumasa syna, która już od paru miesięcy czekała na mnie. Sięgnęłam więc i ani przez chwilę nie pożałowałam.
Książka ta opowiada kurtyzanie, kobiecie sprzedającej ciało za pieniądze, lecz duszę oddającej za darmo.
Czy dziwka ma prawo kochać? - ta książka zadaje tę pytanie całą sobą i niemal na każdej stronie. Czy ma prawo? Każdy ma prawo. Tak by się wydawało...
Wciąż wracam myślami do tej książki. Jest to pozycja z tych, które na długo pozostają w naszej świadomości. Poza tym to jedno z najwybitniejszych dzieł Dumasa syna, które zresztą przyniosło mu sławę, więc uważam, że warto je przeczytać. Dla leniwych zdradzę, że ma troszkę ponad dwieście stron ;)
Cóż mogę powiedzieć o samej książce... Jest przepełniona refleksjami o życiu, lecz są one tak misternie ukryte, że wcale nie ciążą i nie tworzą ciemnych chmur filozoficznych.
Warto też porównać sobie sposób, w jaki kurtyzany żyły i oddawały się mężczyznom za pieniądze kiedyś, a w jaki sposób robią to teraz. Jeżeli kiedykolwiek można było rzec, że ten zawód posiadał chociaż trochę klasy, to właśnie w czasach, o których pisze Dumas. Rzecz jasna zupełnie nie pochwalam tego zawodu. Jednak autor w „Damie Kameliowej" wyraźnie pokazuje nam na przykładzie Małgorzaty, czemu wybrała takie a nie inne życie i dokładnie przedstawia wszelkie argumenty, czemu nie chce ona go porzucić. Przychodzi jednak czas, gdy wszelkie argumenty tracą dla Małgorzaty znaczenie i postanawia ona zacząć swe życie od nowa. I tu powstaje pytanie - czy można przestać być kurtyzaną?
„Wreszcie, gdy Bóg zezwala kurtyzanie na prawdziwą miłość, miłość ta, która zrazu wydaje się przebaczeniem, prawie zawsze staje się dla niej karą. Nie ma rozgrzeszenia bez pokuty. Kiedy istota, która ma sobie do zarzucenia całą swą przeszłość, czuje się nagle w posiadaniu miłości głębokiej, szczerej i nieprzepartej, do jakiej nie uważała się nigdy zdolna, kiedy wyznaje tę miłość - jakąż władzę ma nad nią kochany przez nią mężczyzna! Jakże czuje się silny, mając prawo powiedzieć jej: "To, co robisz z miłości, nie jest więcej warte od tego, co dawniej robiłaś dla pieniędzy".
Wtedy nie wiedzą już, jakie mają złożyć dowody uczucia. Znana jest bajka o dziecku, które przez długi czas bawiło się tym, że wołał "Na pomoc"!, aby zaalarmować ludzi pracujących w polu. I pewnego pięknego dnia pozostało pożarte przez niedźwiedzia, gdyż ci, których tak często oszukiwało, nie uwierzyli, że tym razem wołania były prawdziwe. Podobny jest los tych nieszczęsnych dziewcząt, gdy kochają naprawdę."***
____________________________________________________
Cytaty pochodzą z:
* Aleksander Dumas (syn) Dama Kameliowa, Świat książki, str. 103
** str. 21
*** str. 94
Aria
Siedzę sobie na wakacjach w nadmorskim domku i tęsknię za wszystkimi moimi książkami które zostawiłam w domu, a które powinnam była zabrać ze sobą. Tak się złożyło, że co lato nachodzi mnie ochota na przeczytanie na nowo jakiejś książki s-f, a w tym roku nieopatrznie wszystkie zostawiłam w domu, biorąc w tym roku na wyjazd w ogóle wyjątkowo mało książek. W ramach odreagowania postanowiłam zaprezentować Wam pozycje książek s-f, które ze wszystkich czytanych najbardziej zapamiętałam. Tym bardziej, że Aria s-f nie lubi i z jej ust raczej niczego o tym typie książek się nie usłyszycie, a ja osobiście uważam, że s-f mimo że często pozbawione ładnych, plastycznych opisów i ciężkie w lekturze jednak jest niepowtarzalne. Żaden gatunek nie oferuje tak nieschematycznych fabuł, tak zaskakujących rozwiązań i tak pokręconej akcji, tudzież oryginalnych bohaterów. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest niedocenione. Ale może samo sobie jest winne?
FUNDACJA - Isaac Asimov

Panie i Panowie, oto najlepsze co Abi z s-f czytała i co serdecznie wszystkim poleca. Właściwie to nie pojedyncza książka, ale cykl (Fundacja - Fundacja i Imperium - Druga Fundacja - Agent Fundacji - Fundacja i Ziemia) z którego na szczególną uwagę zasługują głównie trzy pierwsze części.
Akcja dzieje się w czasie, jak zawsze, bliżej nieokreślonym, kiedy cała Droga Mleczna od dwudziestu dwóch tysięcy lat znajduje się pod panowaniem Imperium. W tym czasie pewien człowiek, Hari Seldon, tworzy psychohistorię. Psychohistoria to nauka, która dzięki ścisłym wyliczeniom matematycznym potrafi określić zachowanie się mas ludzkich w przyszłości. Im masa większa, tym wyliczenia dokładniejsze. A Imperium jest ogromną zbiorowością, czyli wyliczenia na temat jej przyszłości są jak najdokładniejsze i pokazują one, że Imperium upada i w ciągu tysiąca lat nie pozostanie po nim nawet najdrobniejszy ślad. Ponieważ naturalnie nikt kto się liczy w Imperium nie zwraca najmniejszej uwagi na jakąś nowomodną naukę, w tajemnicy na odludnej planecie powstaje Fundacja, która ma za zadanie w stworzyć nowe Imperium. Według ściśle wyliczonego na tysiąc lat w przód planu, którego nikt w Fundacji nie zna.
Doskonale pamiętam, jak zachwycałam się pomysłem Asimova i jego bohaterami, którzy ze względu na długi czas trwania akcji książki (trzy pierwsze części - jakieś czterysta lat) ciągle się zmieniają. Intryga prowadzona jest bezbłędnie. Asimov fantastycznie umie ukazać przemianę nędzniutkiej Fundacyjki w potęgę galaktyczną, poprzez splatanie ze sobą czynników parapolitycznych, społecznych, technicznych etc.etc. Akcja kręci się na wszystkie strony, bohaterzy są nienagannie zindywidualizowani, a Druga Fundacja po prostu wymiata. Tak gorąco ją sobie cenię, że już sama już nie wiem co jeszcze dodać, żeby polecić :p
DALEKIE SZLAKI - Siergiej Sniegow

Druga pozycja na mojej osobistej liście najlepszych s-f.
Akcja książki również dzieje się w dużym odstępie czasowym, jednak zdecydowanie nie tak szerokim jak w Fundacji. Ogólnie rzecz biorąc - Ziemianie zwiedzili już prawie całą galaktykę i odkryli wszystkie możliwe rasy. Dziwaczne, wyjątkowo głupie i dzikie Anioły, wielgachne pączki porozumiewające się barwami i podobne, po czym gorzko się rozczarowali. Wszystkie rasy niby są inteligentne, potrafią nawet tworzyć religie i snuć rozważania filozoficzne, ale tak naprawdę daleko im do Ziemian i ich cywilizacji. Ludzie, którzy odkryli nowy sposób szybkiego przemieszczania się w przestrzeni kosmicznej i zbudowali sztuczną planetę, czują się samotni w galaktyce. I w tych okolicznościach pojawia się wideo (czy coś podobnego, wybaczcie brak ścisłości) z dramatyczną prośbą o pomoc z niezbadanego dotąd kawałka galaktyki, od kogoś bardzo podobnego do człowieka i najwyraźniej inteligentnego. Ludzie, którzy już dawno dawno temu zażegnali u siebie wojny i stali się międzyplanetarnymi wolontariuszami i siewcami pokoju, nie omieszkają popędzić czym prędzej z odsieczą do bardzo odległego i nieznanego im miejsca, gdzie czeka ich wielka niespodzianka. Mają szczęście, że nie są głupi.
Typowe s-f, mnóstwo techniki, ufoków, robotów i podróży międzygwiezdnych. Na szczególną uwagę zasługują tu jednak postacie, których jest niemało, z głównym bohaterem na czele. Już same ich losy są ciekawe, a do tego jeszcze ich struktura i zmiany jakie przechodzą. Akcja toczy się zupełnie nieśpiesznie, z tysiącem wątków pobocznych, rozbudowanych jak korzenie baobabu. Prawdę mówiąc, opis książki który przedstawiałam powyżej to skrót akcji pierwszej połowy książki. Tu jest czas na wszystko, i zaczynam odnosić wrażenie, że ta nieśpieszność połączona z tym, że jednak coś się dzieje to cecha charakterystyczna twórców rosyjskich, o co muszę się zapytać Arunii (pozdrowienia dla niej, a dla tych co nie wiedzą - Aria jest specjalistką od Rosji :p).
Przyznam, że choć ja sama jestem raczej niecierpliwym czytelnikiem, a czytałam tę książkę już parę lat temu, kiedy byłam jeszcze bardziej niecierpliwa, jednak potrafiła mnie przy sobie utrzymać do samego końca. Co jest o tyle ciekawe, że właściwa akcja rozpoczyna się chyba dopiero w połowie powieści (xD).
REMEDIUM - Sefan Wul

Dla ludzi, którzy mają ochotę przeczytać coś lekkiego i dziwnego. Krótkie, szybko się czyta. Akcja toczy się niezwykle szybko, coraz bardziej się komplikuje, a w całej książce chodzi wyłącznie o zakończenie, które następuje nagle, w najmniej oczekiwanym momencie i doskonale pamiętam jaka po jego przeczytaniu czułam się wykpiona i oszukana przez pisarza, jak nigdy. Dlatego ostrzegam - zakończenie i rozwiązanie nawarstwiających się przez całą powieść gigantycznych problemów bohaterów przychodzi zupełnie nie z tej strony i w sposób którego z pewnością nie będziecie się spodziewać. Polecam książkę, żeby zobaczyć jak można okpić czytelnika i zakończyć tysiąc sto wątków pomysłowo i sarkastycznie, wymigując się od odpowiedzialności za zbudowaną przez siebie fabułę.
CZŁOWIEK Z MARSA - Stanisław Lem

Chyba najcięższa książka jaką w życiu czytałam. Myślałam, że mózg mi nad nią wyparuje i byłam zaskoczona, że jednak został na swoim miejscu. Dzięki Bogu, że była krótka, bo zawzięłam się, że przeczytam i choć się wiłam i płakałam to przeczytałam, po czym przysięgłam sobie, że nigdy więcej Lema (wyjątkiem okazały się tu później „Dzienniki gwiazdowe" - klasa sama dla siebie, z niezapomnianymi, przyprawiającymi o zawrót głowy sepulkami). Do dziś nie wiem o co tak naprawdę chodziło w tej książce (chyba o nic, bo i tak wszyscy zginęli?), ale przyznam, że czytałam ją naprawdę dawno, i chyba jak będę w złym humorze wrócę do niej. Także żywię do tej pozycji bardzo swoisty sentyment, szerokim łukiem omijam nazwisko Lema (o ile nie występuje w zestawieniu z „dziennikami" i „gwiazdowymi") i nikomu nie polecam.
DIUNA - Frank Herbert

Cóż, wydaje mi się, że tego nie trzeba reklamować, ale ponieważ mój brat który obecnie pobiera nauki w liceum właśnie mi tu deklaruje, że książka jest dla niego za ciężka, dlatego niniejszym wyśmiewam pogląd jakoby Diuna była skomplikowana. Jeżeli chodzi o gatunek to usadowiłabym ją na pograniczu fantasy i s-f, chociaż generalnie została ona zaliczona do fantasy, choć ja uważam, że to sprawa dyskusyjna.
Dla tych którzy nie znają treści - wybaczcie, konczy mi się czas na kompie i nie mogę się już bawić w opisy:P
Akcja powieści dzieje się w fantastycznym świecie przyszłości. Najważniejsza planeta w tym wszechświecie to Arrakis (Diuna), jedyna, na której znajdują się złoża melanżu - substancji umożliwiającej jasnowidzenie niezbędne do uniknięcia niebezpieczeństw ponadwymiarowych podróży kosmicznych. Powstawanie melanżu związane jest z cyklem rozwojowym czerwi pustyni - olbrzymich robaczych stworów, żyjących w piaskach Arrakis. Diuna zostaje oddana w lenno rodowi Atrydów. Na planetę przybywają książę Leto Atryda, jego konkubina lady Jessika, syn Paul oraz ich armia. Wkrótce po przybyciu Atrydów, ród Harkonnenów wspomagany przez oddziały imperialne dokonuje przewrotu.
Narracja jest, mówiąc oględnie, nieźle pokręcona i momentami naprawdę łatwo się zgubić, ale raczej nie jest źle. Pomysł naturalnie bardzo oryginalny. Przyznam, że długo nie mogłam się przekonać do tej książki. Przez pierwszą połowę raczej mnie drażniła, niż zachęcała do dalszej lektury i długo trwało zanim ją skończyłam. Ale kiedy kończy się pierwsza część pierwszej części i zaczyna druga, a wszystko o czym się wcześniej tyle gadało nareszcie zaczyna się dziać, robi się ciekawie. Zauważę jeszcze, że kiedy czytałam Diunę to pomyślałam, że nie jest to książka która nadaje się do ekranizacji, i cóż, byłam zaskoczona kiedy okazało się, że jednak znaleźli się tacy odważni, którzy się za to wzięli. Kompletnie im nie wyszło, czego można się było spodziewać po możliwościach technicznych jakimi wtedy dysponowali (rok ***) i naturze książki. Myślę, że powinna się spodobać wszystkim, a przynajmniej co bardziej cierpliwym czytelnikom (i tym którym nie przeszkadza, że bohater słyszy głosy xD)
Pozdrowienia znad morza dla wszystkich bohaterów, którzy doszli do końca mojej gadaniny;]

Abi
Arturo Perez-Reverte
Klub Dumas

Tę książkę polecono mi, ze słowami, że ona na pewno mi się spodoba. Cóż... Zaczęłam czytać z entuzjazmem, skończyłam z coraz większym sceptycyzmem.
„Klub Dumas" opowiada o środowisku bibliofilów, antykwariuszy i wielbicieli literatury, dla których książka znajduje się na najwyższym stopniu hierarchii życiowej i są gotowi dla niej wydać fortunę albo nawet zabić.
Cóż... Sama szalenie kocham książki, ale żeby aż tak? Chociaż... Jeżeli ktoś ma u siebie rękopis Narinii... <głaszcze lśniącą siekierkę> ...mogę się zabawić w Raskolnikowa ;)
Ale wracają do tematu, poza chorymi na umyśle starszymi panami, którzy wolą noce spędzać z książką, niż z kobietą, 'Klub Dumas" opowiada o pięknej miłości do książek, a szczególnie do Aleksandra Dumas (ojca). Z ręką na sercu muszę przyznać, że ta książka rozpaliła we mnie chęć przeczytania dzieł tego pisarza. Fanatyczni wielbiciele a zarazem bohaterzy książki Perez'a kochają wiernie „Trzech muszkieterów" i przemieniają ich bohaterów w postacie z krwi i kości, bądź sami się do nich upodobniają. I kolejna zaleta - dzięki tej książce można w zupełnie nowy sposób spojrzeć na znanych wszystkim D'Artaniana, Portosa, Aramisa i Atosa. Stereotypy ich pozytywnych charakterów zostają złamane poprzez krztę krytyki.
Przede wszystkim, czytając tę książkę, byłam pełna podziwu dla samego Perez'a za jego świetną znajomość dzieł Dumasa i nie tylko. Genialna umiejętność wplatania cytatów z innych dzieł w dialogi „Klubu Dumas" wprost oszałamia. Oraz wielki ukłon dla autora za ogrom wiadomości o Dumasie i jego książkach.
Romantyczna postać samotnego diabła lekko mnie rozczarowała. Nie tego się spodziewałam. Przypomniało mi to nieco „Grę anioła". Wplątanie sił nadprzyrodzonych, zamiast wymyślenia logicznego i przyziemnego rozwiązania. No ale po logiczne i przyziemne rzeczy powinnam udać się do Pani Christie.
Podsumowując, początek i środek książki były niemal genialne. Czytałam z zapartym tchem i delektowałam się miłością do książek, o jakiej pisał Perez i opowiadali jego bohaterzy. Jednak końcówka zupełnie mnie rozczarowała, zniszczyła wszelką aurę kryminału i wprowadziła niedosyt. Tak jakbym nagle usiadła w brudnej kałuży. Poczułam jakiś dziwny niesmak i niedosyt. Nie tego się spodziewałam.
Głównym bohaterem „Klubu Dumas" są nie ludzie, a książka i właśnie za to ta powieść zyskuje u mnie dużego plusa. W połączeniu z muzyką Carlosa Zafona czytanie „Klubu..." ofiarowało mi kilka pięknych wieczorów.
Uważam, że mimo niefortunnego zakończenia książkę przeczytać warto. I polecam ją szczególnie wielbicielom Dumasa.
Aria
Yasmina Kharda
O czym marzą wilki

"Pierwszego człowieka zabiłem w środę 12 stycznia 1994 roku o siódmej czterdzieści pięć. Niczym meteoryt przekroczyłem barierę dźwięku; bezpowrotnie zniweczony, rozchybotany na ciele i duszy znalazłem się w jakimś innym świecie, z którego już nigdy nie miałem powrócić..." *
Z pewnością nie jest to książka o tematyce, jaką czytuję. Mimo to, coś świeżego nigdy nie zaszkodzi. I nie zaszkodziło. Pomijając fatalny i zupełnie niezachęcający do dalszego czytania początek, książka bardzo mnie zaskoczyła. Biorąc ją do ręki nie spodziewałam się po niej niczego. Urzekł mnie tytuł, a początek rozczarował, mimo to czytałam dalej.
Kharda opowiada o wojnie domowej w Algerii, pokazuje zwykłego chłopaka, posiadającego marzenia i przyjazne nastawienie do świata, oraz jego życie, które sytuacja tego kraju zmienia nie do poznania. Lub też nie kraj tu zawinił, a decyzje, które człowiek sam podejmuje na każdym kroku.
Książka okazała się krwawa, a mimo to zachwyciła mnie swoimi metaforami. W pewnych momentach miałam wrażenie, że czytam wiersze pisane prozą. A czasami język sięgał nizin literackich. Dlatego też przez cały czas zdawało mi się, że książka jest pisana przez dwie osoby.
„Przed śmiercią Sid Ali prosił o spalenie jego ciała w ogniu ofiarnym.
- Dlaczego? - zapytał Abu Mariem.
- Żeby nieco rozświetlić waszą noc." **
Zastanawiam się, czy Nafa, główny bohater, miał tak naprawdę jakikolwiek wybór, i czy jego życie mogło potoczyć się inaczej. Odniosłam wrażenie, że jest on winien wszystkim nieszczęściom jakie go spotkały, a może po prostu urodził się nie w odpowiednim czasie?
Nie ukrywam, że czasami miałam ochotę wejść do tej książki, potrząsnąć Nafą i krzyknąć mu prosto w twarz: „Co ty robisz?!". Jednak czytelnik nie ma takiej władzy, tak więc czytałam dalej, mając nadzieję na szczęśliwe zakończenie.
Mimo wszystko, nie odczuwałam żalu dla Nafy. Autorowi nie udało się stworzyć postaci, która budziłaby współczucie, czy też z którą czytelnik by identyfikował. Możliwe, że to sprawka innej mentalności, a może czegoś innego. W końcu autor jest wojennym i możliwe, że pisarstwo nie jest jego powołaniem.
Książka ta zmusiła mnie tylko do zastanowienia się nad życiem Nafy. Jednak głębszej filozofii w niej nie znalazłam. Hasła, rzucane przez bohaterów, są czasami niedorzecznie, choć na pierwszy rzut oka wydają się kwintesencją życiowej mądrości. Jednak po głębszym zastanowieniu odkrywa się, że są jękiem człowieka zmęczonego życiem.
„Tylko na początku można wierzyć, że się czegoś chce, w rzeczywistości bierze się to, co się nawinie, i tkwi się w tym." ***
Jest jeszcze coś, co zwróciło moją uwagę - pozycja kobiety w tym społeczeństwie. Nie można powiedzieć, że wszystkie były niczym. Większość. Jednak były i takie, przed którymi mężczyźni skłaniali swe głowy. A Nafa w ostateczności stracił wszystko, bo uwierzył, rzecz jasna, płci pięknej. Po licznych książkach o braku szacunku i okrucieństwu wobec kobiet, osobiście dla mnie, ta książka jest trochę pocieszająca.
Podsumowując, myślę, że „O czym marzą wilki" przeczytać warto. Ale polecam ją tylko osobom, którzy nie mdleją na widok krwi i czytanie o całej wiosce trupów ich nie przerazi. Pomijając przerost czerwonego koloru nad treścią, książka ma kilka zalet. Metafory, społeczeństwo Algerii, inna kultura i oczywiście tytuł. On urzekł mnie najbardziej. Sztuką jest nazwać książkę w taki sposób.
„Łzy tryskały wyżej niż krew..."****

__________________________________________________________
Cytaty pochodzą z:
* Yasmina Kharda, "O czym marzą wilki", Warszawa 2006, s.139
** s. 127
*** s.165
**** s.199
Aria
Babuniu Aruniu, dziękuję za oddanie mi głosu. Rzeczywiście zamierzam zabrać głos w sprawie najnowszych nowości. Nie są one niestety powalające, a nawet zbytnio obiecujące. Ale paru pozycjom udało się ściągnąć moją uwagę i zamierzam w najbliższym czasie przyjrzeć się im dokładniej. A oto moje propozycje.
DANCE MACABRE - Stephen King
Jak rozwijała się postać Wampira? Co łączy Stephena Kinga ze Sputnikiem? Czemu cenzorzy zainteresowali się amerykańskimi komiksami? Który film grozy jest najgorszy w historii? Na wszystkie te pytania - i wiele innych - odpowiada „Danse Macabre". Autor bierze tym razem na warsztat swój ukochany gatunek, czyli oczywiście horror. Opowiada czytelnikom o horrorze literackim, filmowym, telewizyjnym, nawet radiowym, omawia ważne dzieła, motywy i postacie, a przy okazji przytacza sporo anegdot ze swego życia.
Rewelacyjna książka, napisana z pasją, zabawna, wciągająca niczym powieść, a jednocześnie dobre źródło wiedzy na temat horroru.*
HA, przyznam, że nigdy nie czytałam nic tego autora, ani w ogóle żadnych horrorów, a po co, ale sądzę, że tej książce można by się przyjeć z zainteresowaniem. W końcu nie ma to jak się dedukować, dooświecić i być mądrzejszym :D A przy tym w lekki sposób. To jest właśnie to.
KOMPLIKACJE. ZAPISKI CHIRURGA O NIEDOSKONAŁEJ NAUCE - Atul Gawande

Jedna ze stu najlepszych książek roku w rankingu „The New York Times".
Dla fanów Ostrego dyżuru i Dr. House'a!
Książka polecana przez prof. Andrzeja Szczeklika.
Błyskawicznie podejmowane decyzje, rozstrzygające o życiu bądź śmierci - pacjenta
- Czy w piątek trzynastego lekarze naprawdę mają więcej roboty?
- Przypadek kobiety cierpiącej na uporczywe czerwienienie się
- Jak odróżnić śmierć łóżeczkową od zwykłego morderstwa?
Atul Gawande to lekarz, który do swojego fachu podchodzi z ogromnym dystansem.
W porywający sposób opisuje prawdziwe przypadki, które obnażają potęgę i ograniczenia
współczesnej medycyny. Dzięki temu daje nam jedyną w swoim rodzaju możliwość
spojrzenia na owe zagadnienia z pozbawionej złudzeń perspektywy lekarza dzień w dzień
stającego za stołem operacyjnym. W Komplikacjach medycyna jawi się nam nie w swojej
wyidealizowanej, naukowej postaci, ale jako pełna niepewności, zagadkowa i jak najbardziej
ludzka dziedzina.
Gawande twierdzi, że medycyna nie jest, jak nam się często wydaje, uporządkowanym
systemem wiedzy i procedur.**
Tu powiem to samo co powyżej: nie ma to jak się dedukować, dooświecić i być mądrzejszym. Sądzę, że wysłuchanie zdania lekarza o jego własnym zawodzie może być naprawdę ciekawe.
ZA KWIETNYMI POLAMI - Jun´ichi Watanabe
Ginko Ogino spotkał los przeciętnej japońskiej dziewczyny: szybkie zamążpójście i pokorne życie usłużnej żony w zdominowanym przez mężczyzn społeczeństwie dziewiętnastowiecznej Japonii... Kiedy jednak mąż zaraża ją chorobą weneryczną, Ginko musi przejść przez upokorzenia związane z rozwodem i leczeniem. Badana przez mężczyzn, postanawia zostać lekarzem, żeby oszczędzić innym kobietom wstydu, na jaki sama została narażona. Niestety, zgodnie z obowiązującym prawem tylko mężczyźni mogą studiować medycynę.
Czy Ginko skapituluje w obliczu piętrzących się przeszkód, czy też uda się jej przezwyciężyć presję środowiska i skostniałą tradycję?
„Za kwietnymi polami" to książka oparta na prawdziwej historii Ginko Ogino, pierwszej japońskiej lekarki. W Japonii rozeszła się w nakładzie ponad trzech milionów egzemplarzy i została włączona do Programu Wydawniczego Literatury Japońskiej.*
Ta propozycja specjalnie z dedykacją dla Arii (i nie mam tu na myśli chorób wenerycznych :P). Wygląda na to, że książka obowiązkowa dla każdej szanującej się feministki :D Wszak wszyscy wiemy, że facet to świnia :D
DOM CÓREK - Sarah-Kate Lynch
Clementine jest jedyną spadkobierczynią wytwórni szampana Domu Peine, a także winnicy, która od pokoleń należy do rodziny. Całe życie poświęciła uprawie winorośli i opiece nad zgorzkniałym ojcem. Po jego śmierci, dowiaduje się, że musi podzielić się spadkiem z Mathilde, młodszą przyrodnią siostrą, której nie widziała od dwudziestu lat, oraz Sophie, drugą siostrą, o której istnieniu nie miała nawet pojęcia.
Kiedy drogi tych trzech, obcych sobie kobiet skrzyżują się w starym domostwie Peine'ów, rozpęta się niejedna burza z piorunami, ale jednocześnie czytelnicy będą mieli okazję posłuchać płynących prosto z serca toastów za siostrzaną miłość i delektować się najlepszym szampanem.
Z błyskotliwym poczuciem humoru oraz niebywałym zmysłem obserwacji Sarah-Kate Lynch przedstawia wzloty i upadki trzech sióstr pośród wspaniałych krajobrazów francuskiej Szampanii.*
O, to to mi się podoba. Tylko nie wiem czemu. Takie cieplutkie, letnie, choć może nieco za bardzo domowe i rodzinne? Zobaczymy. O kobietach! Kiedy byłam mała w zasadzie wszystkie ksiażki które czytałam były o różnej maści chłopczętach i facecikach. Muszę to sobie teraz zrównoważyć^ Te „toasty prosto z serca za siostrzaną miłość" nieznanych sobie kobiet brzmią obiecująco :D
Abi
____________________
Opisy pochodzą ze stron:
*www.proszynski.pl
Pomijając ostatnie książki Grochowi i Szwai, które cieszą się zadziwiającą popularnością, to co nieco wartościowego na przełomie tych miesięcy się ukazało. Poza tym chyba troszkę za późno na przegląd, bo tuż tuż jest sierpień, ale lepiej późno niż wcale ;)
ŚMIERĆ ANIOŁA - Jon Sack

Nowa powieść autora bestsellerowego Spisku franciszkanów. Włochy, XIII wiek. Młody, szlachetnie urodzony Toskańczyk Angelo Lorenzini dziedziczy po swoich przodkach nie tylko tytuł, ale również straszliwą ułomność. Przed laty kmiecie z zamku Il Lupo obłożyli jego dziadka morderczą klątwą. Z każdą kolejną pełnią księżyca ciało Angela nabiera coraz więcej wilczych cech, a on sam mimo wewnętrznego oporu przeobraża się w stworzenie z mitów i legend - lupo mannaro, czyli wilkołaka. Tylko jedna osoba naprawdę wierzy, że drzemiące w młodzieńcu zło można zdusić. Maria Vidone, prosta wieśniaczka, pierwsza miłość Angela, odkrywa w swym ukochanym nieprzebrane pokłady dobra. Na drodze Angela staje Benedetto Gaetani, przyszły papież Bonifacy VIII, który zostanie się jego zażartym wrogiem.*
Śmierć anioła, prawie jak Gra anioła ;) Sensacja, rzecz jasna. Wilki, wilkołaczki, jakaś tajemnica, jakaś klątwa ^^ Nie jest źle, można sięgnąć w wolnej chwili [wolna chwila? A co to? ;P]
PROWINCJA PEŁNA MARZEŃ - Katarzyna Enerlich

Pełna wdzięku i świeżości współczesna powieść, będąca hołdem dla uroków polskiej prowincji. Opowieść, w której splata się wątek Mazur dzisiejszych i przedwojennych, czyli byłych Prus Wschodnich. Główną bohaterką jest dziennikarka lokalnego czasopisma, której los stawia na drodze paskudnego szefa, a zaraz potem Niemca poszukującego korzeni. Przedwojenna historia, która zresztą wydarzyła się naprawdę, uruchamia lawinę wydarzeń współczesnych. Wśród przepięknego krajobrazu mazurskiego rozgrywają się wielkie i małe historie.*
Ci, co się znają, twierdzą, że to coś strasznie podobnego do trylogii pani Kalicińskiej i nie ma tu nic oryginalnego. Fenomenem tej książki jest fakt, że akcja ma miejsce w miejscowościach, dobrze znanych mieszkańcom Warmii i mazur. A poza tym... Przeczytałam parę pierwszych stron, nic specjalnego, takie dla spokojnego popołudnia w sam raz. Jednak wątpię, by rzuciło na kolana.
PAMIĘTNIKI WAMPIRÓW - PRZEBUDZENIE - L. J. Smith

Przerażający miłosny trójkąt w przyprawiającej o dreszcz opowieści o dwóch wampirach i pięknej dziewczynie, której obaj pragną
Elena: piękna i popularna, może mieć każdego chłopaka.
Stefano: tajemniczy, pogrążony w mrocznej zadumie. Wydaje się jedynym chłopakiem odpornym na wdzięki Eleny. Jednak wkrótce będzie musiał ją chronić przed ponurą tajemnicą swej przeszłości i zrodzoną z niej koszmarną groźbą.
Damon: seksowny, niebezpieczny i opętany żądzą zemsty na Stefano - bracie, który go zdradził. Chce zdobyć Elenę i zrobi wszystko, żeby ją mieć.*
To na poprawę humoru. Ludzie! Sam opis rzuca na podłogę i każe tarzać się ze śmiechu. Ach! Niesamowici są pisarze. Meyer się udało z jej cyklem, który rozpoczyna Zmierzch. Teraz więc powstała cała masa książek o zakochanych wampirach. Powyższy przykład ma już siedem tomów i wciąż pojawiają się nowe. A okładki są tak łudząco podobne do książek Meyer... Jednak nie zauważyłam, by jakoś specjalnie cieszył się popularnością, aczkolwiek na półce za długo się nie kurzą.
Jak będę miała depresje, sięgnę po to na poprawę humoru i dam tu czepialską i ironiczną recenzję ;P
KLEJNOT MEDYNY - Sherry Jones

Zaręczyła się, gdy miała sześć lat.
Kiedy miała dziewięć lat, wyszła za mąż.
Gdy skończyła dziewiętnaście, została wdową...
Aisza - ukochana żona proroka Mahometa.
W świecie, w którym kobiety uważano za własność mężczyzn, stała się wpływowym doradcą politycznym, wojowniczką i autorytetem religijnym. Do historii przeszła jako Matka Wiernych.
Klejnot Medyny to wzruszająca opowieść o niezwykłej miłości Proroka i jego najmłodszej żony. Historia o kobiecie, która pokonała kulturowe przeszkody, stając się wielką postacią świata islamu.
Na Zachodzie powieść wzbudziła wiele kontrowersji, a z obawy przed reakcjami środowiska muzułmańskiego z jej publikacji wycofało się amerykańskie wydawnictwo Random House. W obronie książki i autorki wypowiadał się Salman Rushdie.*
Zauważyłam, że tematyka o kobietach dalekiego wschodu czy też Afryki cieszy się ogromną popularnością. Pojawiają się coraz to nowe książki o tej tematyce i wiele osób twierdzi, że jest to ich ulubiona literatura. Ciekawe...
Tyle na dziś ^^ Błądźcie grzeczni, to może ciocia Abi doda coś od siebie do Przeglądu ;)
_________________________________________________________________
* Opisy książek jak zwykle pochodzą ze strony internetowej empiku
Aria
Umberto Eco
Imię róży

"Książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni"
Imię róży można nazwać całym światem, a nie tylko ogrodem. Ilość zwartej w niej wiedzy, powiedzianej wprost, bądź ukrytej między wierszami, czasami przytłacza. I nie tylko. Zachęca także do myślenia, powracania do przeczytanych już stron i do sięgnięcia do innych źródeł.
O czym opowiada Imię róży chyba nie muszę mówić. Jest to wątek znany wszystkim, nawet tym, którzy książki nie czytali, ponieważ albo widzieli film, albo też po prostu słyszeli co nie co o tej książce.
Pierwsze, co uderza i oczarowuje w Imieniu róży, to język.
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Było ono na początku u Boga i powinnością bogobojnego mnicha jest powtarzać dzień po dniu, jednostajnie i z pokorą, ów jedyny i niezmienny fakt, z którego dobyć można niezbitą prawdę. Ale videmus nunc per speculum et in enigmat [- teraz widzimy poprzez symbol i zagadkę], a prawda, nim staniemy z nią twarzą w twarz, wprzód pokazuje się nam po kawałeczku (jakże nieczytelnym) w błędach tego świata, winniśmy, zatem odczytywać z mozołem jej wierne znaki również tam, gdzie jawią się nam jako niejasne i prawie podsunięte przez wolę bez reszty oddaną złu.
Mało kto pisze teraz tak, jak Eco. Sztuką jest połączyć piękno słów z treścią i wpleść weń głębokie przesłanie. Książka ta jest niczym róża. Otwiera się jak kwiat w miarę czytania. I otwiera się dla każdego inaczej. Jest to powieść dla każdego poziomu intelektualnego i każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Kto szuka kryminału, odnajdzie go, kto chce poznać realia średniowiecza, przeczyta o nich wiele, spragnionych filozofii życia i religii, spotka nasycenie, a dla tych, co lubią bawić się w rozplątywanie zagadek, szukanie aluzji i metafor, Eco przygotował istną ucztę.
Teraz wspominając jak czytałam Imię róży, ciężko mi określić, co poruszyło mnie najbardziej. Z pewnością jedną z takich rzeczy, była dyskusja o tym, czy Jezus się śmiał i czy ogólnie śmiech jest rzeczą dobrą, czy też grzechem. A sposób, w jaki zakończył się owy wątek w książce, był genialny.
Świetnie zostali ukazani mnisi. Prawdziwi ludzie z krwi i kości. Nie było tam świętych i bez skazy. Byli po prostu grzeszni ludzie, który ulegają czasami swoim słabościom.
Wątek morderstwa mnie trochę rozczarował. Rozwiązanie było za łatwe i w połowie książki można było domyślić się, kto zabił i jak. Ale sposoby, jakimi Eco próbował odwrócić uwagę czytelnika od rozwiązania, były naprawdę błyskotliwe.
Zakończenie książki jest najlepsze, jakie kiedykolwiek czytałam. Zaskakujące, płynne i takie, jak powinno być. Chciałoby rzec, że lepszego być nie mogło. Nie wspomnę już o samej nazwie książki. A czemu ta kwestia budzi mój zachwyt? Musicie przeczytać Imię róży sami, wtedy się dowiecie.
Niewielka ta recenzja, ale tylko i wyłącznie dlatego, że nie chce zepsuć tym, co nie czytali, przyjemności, gdyż mam nadzieję, że chociaż jedna osoba, po przeczytani tej recenzji, sięgnie po Imię róży. Z ręką na sercu mówię, że warto. I warto czytać tę książkę nie tylko jeden raz.
Aria
1. W Lotka miałaś tylko cztery trafienia i wygrałaś 170 złotych. Jakie książki kupisz?
Abi: Jane Austen - biografia - niezłomne serce, Valerie Grosvenor Myer (120zł)
Atramentową krew, Cornelii Funke (35 zł)
Listy do nieznajomej, Clive'a Lewisa (teoretycznie 15 zł, ale nigdzie niedostępne, wiec tak naprawdę nie wiadomo ile -.-)
Aria: Z pewnością kupiłabym sobie od razu wymarzone wydanie siedmiu oddzielnych tomów 'Opowieści z Narnii' - 79zł.
Następnie sięgnęłabym po 'Norwegian Wood' Haruki Murakami za 44,90. Dalej rzuciłabym się na biografię mojej kochanej Terakowskiej 'Moja mama czarownica', napisaną przez jej córkę, za 34,99.
I wychodzi mi za to wszystko 158,89 zł. Ale! ;P Nie chwaląc się, wezmę pod uwagę, że jako pracownik księgarni [jak to dumnie brzmi!] mam zniżkę na książki, więc po odliczeniu jej, starczyłoby mi jeszcze pieniążków na 'Atramentowe serce' za 44,90 ;) I może jeszcze zostanie na lizaka xD
2. Jakie miejsce opisane w książce najbardziej pobudziło Twoją wyobraźnię, a nawet skłania do naocznego przekonania się o jego wyglądzie, klimacie?
Abi: Las Między Światami z Opowieści z Narnii (sama Narnia też, ale tylko na wakacje, za mało cywilizacji tam).
Aria: Z ręką na sercu - Narnia. Ten świat ożył w mojej świadomości wizualnie i aromatycznie. Tak, tak, wiem nawet czym ona pachnie ^^ Wiele bym dała, by tam się znaleźć...
3. Do której książki chętnie byś weszła, by namieszać w fabule?
Abi: Z pewnością do „Tęczy" i „Opowieści z Narnii" i z pewną obawą do świata Jane Austen (czyli jakieś 200 lat wstecz), ale raczej tylko na popołudniową herbatkę i przynajmniej na tydzień do mieszkania Sherlocka Holmesa xD Był jeszcze gdzieś taki świat do którego miałam szaloną ochotę wejść i zrobić w nim porządek, ale już nie pamiętam co to było. Poza tym do większości czytanych przeze mnie książek mam nierzadko ochotę kupić bilet i zwiedzić naocznie przekonując się jak to wszystko wygląda.
Aria: Do książki 'Koniec świata i Hard-boiled Wonderland' Haruki Murakami. Z chęcią bym tam weszła i zrobiła co nie co po swojemu ;) Nie umiem wybrać jednego świata, więc dodam jeszcze, że odkąd przeczytałam 'Grę Anioła' Zafona, pragnęłam znaleźć się w tamtej rzeczywistości, ponieważ wydaje mi się, że czułabym się tam jak w domu i bym się trochę porządziła.
I nasze pytania:
1. Ile książek swojego ulubionego autora przeczytałaś (a ile ich napisał;)?
2. Czy umiesz odnaleźć głębię przesłania w książkach takich jak „Zmierzch", „Harry Potter" czy cykl o wiedźminie?
3. Który świat wolisz (i dlaczego): Narnię Lewisa czy Śródziemie Tolkiena?
O odpowiedź prosimy Inblanco ;)
A&A
Wciąż umieszczam tu recenzje najnowszych anime, więc pomyślałam, że może czas odwołać się do klasyki filmowej. Tak, tak, anime to nie tylko seriale, ale i filmy pełnometrażowe. I to jakie...
Dziś zapoznam was z czterema filmami i mam nadzieję, że ktoś z was sięgnie chociaż po jeden z nich.
W Karainie Bogów
Sen to Chihiro no kamikakushi
[2001]

Niby nie tak dawno stworzony, ale muszę wam powiedzieć, że ten film osiągnął wielki sukces.
Opowiada o rodzinie, która podczas przeprowadzi, znajduje w lesie jakiś tajemniczy tunel. Ciekawość sprawdzenia, co jest po drugiej stronie, jest silniejsza od niepokoju, że meble wiezione ciężarówką przyjadą pierwsze do nowego domu. W ten sposób rodzina trafia do tajemniczego miasta, gdzie nie ma żywej duszy...
A dalej musicie obejrzeć sami. Jest to film typu 'nigdy nie wiesz, co będzie dalej', momentami pozbawiony logiki i pełen wątków mających na celu zaskoczyć swoją oryginalnością. Ale mimo to nie męczy nagromadzeniem przeróżnych cudów-niewidów i uniesposób się od niego oderwać.
Najpiękniejszą sceną tego filmu, były łzy, które leciały nie po policzkach w dół, a w górę. Czemu najpiękniejsza? Musicie obejrzeć sami ;)
Opowieści z Ziemomora
Gedo senki
[2006]

Prawie nowiuteńkie ^^ Zaczyna się dziwnie. Mały książę [nie, nie ten od Exuperi ;P] zabija nagle swojego własnego ojca i ucieka z zamku. Przy czym zaznaczyć trzeba, że owy ojciec był bardzo dobrym królem i człowiekiem. Wędrując na pustyni, chłopiec spotyka nieznajomego, który ratuje go od głodnych wilków.
Przyjemna opowieść. Ale według mnie nie wszystkie wątki zostały wykorzystane. Pomysł był dobry, wykonanie nieco gorsze. Świat trochę prymitywny. Mimo to obejrzałam z przyjemnością. Szczególnie piękne były smoki, niestety było ich zbyt mało, bym mogła zaspokoić swoje oczy.
Księżniczka Mononoke
Mononoke-hime
[1997]

Myślę, że z pewnością w dzieciństwie oglądał to każdy. Ja przynajmniej tak i zdałam sobie z tego sprawę dopiero, gdy obejrzałam pierwsze dwie minuty filmu.
Książę małej wioski zabija demona, który zagrażał jego ludowi, i przez to został obarczony klątwą. By uniknąć jej śmiertelnych skutków, chłopak wyrusza na wschód, by prosić o pomoc tamtejszego boga lasu.
Piękne... Owszem, kreska nieco stara, ale, ach... Moi drodzy, to jest klasyka! Wręcz kwintesencja klasyki i każdy, kto nazywa siebie wielbicielem anime, nie jest nim, jeżeli nie oglądał 'Księżniczkę Mononoke'.
Czytałam recenzje, gdzie skarżono się, że film jest zbyt krwawy. A gdzie tam! Owszem, parę razy poleciały przez ekran odcięte ręce czy też głowa, ale żeby od razu krwawy? Jak ktoś ma ochotę na coś krwawego, to niech sięgnie po anime Elfen Lied.
Piękne przedstawienie lasu! W takim lesie mogłabym się urodzić, żyć i umrzeć. A postać boga lasu rzuciła mnie na kolana. Ta twarz wciąż mi stoi przed oczami. I oczywiście grzechem będzie nie wspomnieć o małych duszkach. Urocze ^^ Kawaii wręcz.
I na koniec, osobiście dla mnie, as w rękawie tego filmu - wilki. Pałam do tych zwierząt wielką miłością i zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem to nie ten film, obejrzany w dzieciństwie, ową miłość we mnie zrodził. Niepowtarzalnie są przedstawione te zwierzęta. Mam ochotę oglądać je znowu i znowu.
Polecam ;)
Ruchomy zamek Hauru
Hauru no ugoku shiro
[2004]

!!!
Koniecznie proszę o obejrzenie! Ach... Cóż za klimat filmu! Cóż za postacie! Cóż za zamek! Cóż za ogień! Cóż za czarodziej!
Sophie jest młodą dziewczyną, która pracuje z szycia kapeluszy. Pewnego dnia, w drodze do cukierni siostry, wpada w ciemnym zaułku na rozhulanych żołnierzy o niedwuznacznych zamiarach. Sytuacja wydaje się beznadziejna, lecz nagle Sophie czuje jak ktoś kładzie swoją dłoń na jej ramieniu... I w tym momencie świat dziewczyny zmienia się o 180 stopni.
Stwierdzam stanowczo, że też chcę taką dłoń na ramieniu! ;P
Świetny film! Wart obejrzenia. Sama postać Hauru [właściciel dłoni^^] jest warta całej waszej uwagi. Jego beztroskość, egoizm i zakochanie we własnej urodzie rzuca na kolana. Bo czy kiedykolwiek sobie pomyśleliście, że z powodu zmiany koloru włosów, można wpaść w tak wielką rozpacz, że aż się zacząć rozpływać jak galareta?
Myślę, że jest z czego wybierać. A ja postaram się wam podzucić w najbliższym czasie jeszcze parę recenzji filmów anime. Pozdrawiam ;)
Aria
Tak, tak, tak, nareszcie! Już myślałam, że ten półtoramiesięczny maraton oblewania i zdawania nigdy się nie zakończy, ale jednak! Udało się, w glorii zwycięstwa i płonąc radością powróciłam dziś na łono swojej prowincji, mam wakacje i niecierpliwie wyczekuję drugiego roku studiów. A w nagrodę, zaraz po przyjeździe naturalnie poleciałam do biblioteki. Marzenie jeszcze wczoraj o tej porze nieosiągalne! Zapełniłam książkami dwa konta i omal nie przewróciłam z radości regału za mną kiedy znalazłam Miasto śniących książek.
Po przydługim wstępie recenzja bonusowa - podwójna xD
Zacznijmy od złożenia zasłużonego hołdu bibliotekom:
Umberto Eco
O BILBLIOTECE

Uroczy, króciutki esej, wbrew pozorom - o bibliotece. Uściślając, o bibliotece idealnej i bibliotece najgorszych koszmarów. Książeczka idealna na jedną, nudną i przydługawą podróż komunikacją miejską z jednego końca miasta na drugi. Humorystyczna, urocza, intrygująca podróż po bibliotekach według autora najbardziej wartych uwagi. Kto by pomyślał, że naprawdę istnieją na świecie takie instytucje jak te opisane tutaj? A jednak.
Poszerza horyzonty w pojęciu biblioteki już nie tylko jako miejscowej kanciapy, gdzie miła, zakurzona starsza pani i mówi ci, że niestety akurat nie mają tej książki (uuu... nie wiem jak ja mogłam kiedyś żyć z takimi bibliotekami -.-), ale pokazuje je jako takie jakie były, gdzieniegdzie są i jakie powinny być wszędzie - ośrodki rozwoju życia intelektualnego, kulturowego i towarzyskiego. Vivat la biblioteka!
A teraz cytat z dedykacją dla wszystkich studentów, którym poniższy cytat o czymś przypomina:
Co więcej w płaszczyźnie osobistej zrodzi się neuroza fotokopii. Wprawdzie fotokopia jest narzędziem niezwykle pożytecznym, ale często stanowi także intelektualne alibi; ten bowiem, kto wychodzi z biblioteki obarczony plikiem fotokopii, ma zwykle pewność, że nigdy nie zdoła ich wszystkich przeczytać, nie będzie nawet w stanie ich odnaleźć, gdyż już teraz panuje w nich bałagan, ale jednocześnie ma poczucie, że zawładną treścią ksiąg. Przed pojawieniem się kserokultury wypisywał własnoręcznie kilometrowe fiszki, siedząc w tych olbrzymich czytelniach, i zawsze co nieco zostawało mu w głowie. Przy neurozie fotokopii istnieje niebezpieczeństwo, że będzie się tracić w bibliotece całe dni na kopiowaniu książek, których się potem nie przeczyta.
Terry Pratchett
STRAŻ NOCNA

Niestety, czytając tę książkę odniosłam wrażenie, że Pratchett albo się starzeje albo się zakochał albo umarł mu chomik. A może to po prostu Samuel Vimes się starzeje i dlatego w książce ciągle tak smęci, biadoli i rozpacza? Zacznę od początku.
Od kilku lat, jakichś pięciu i pół może, w każdym razie od kiedy pierwszy raz odkryłam Pratchetta, średnio raz na rok czytam którąś z jego książek. Bo.
Jestem pełna zachwytu i uznania dla Pratchetta za to jak gładko potrafi on wychwycić różne mechanizmy, czy to społeczne czy psychologiczne, połączyć je z językowymi zawiłościami i stworzyć tak cudowne i przekpiarskie metafory i powiedzonka, że człowiek wije się ze śmiechu i zachwytu na krześle. W toku narracji nie bawi się w lanie wody, długie rozpisywanie na jeden, drugi i trzeci temat. Zamyka daną sprawę w dwóch słowach do trzech zdań i zakańcza pointą. I w taki sposób mogło by pisać więcej pisarzy. Szczególnie staropolskich, którzy mają w zwyczaju rozwodzić się nad jedną duperelą przez dwieście stron, aż po uśmiercenie czytelnika z nudów (założę się, że ludzie w średniowieczu nie dlatego nie czytali książek, że były drogie i rzadkie, ale dlatego, że po prostu były nudne, takie potwornie rozsądne i wyważone). Być może Pratchett jest po prostu urodzonym kabareciarzem, ale nawet jeśli to chwała mu za to, że nie poszedł do kabaretu, tylko zaczął pisać, tworząc przyzwoitą gałąź literatury na której można się zaczepić kiedy ma się dosyć zarówno twardej rzeczywistości, jak i słodkości, uroczości i magiczności nierzeczywistości.
Niemal każda postać u niego, z może małymi wyjątkami, ma swój własny rys psychologiczny. I właściwie nigdy nie jest on szablonowy, a oryginalny, swoisty i zaskakujący. Działanie postaci nie wynika z celów jakie ma wyznaczone, ale właśnie z charakteru postaci. Nie są to jakieś głębokie, super zindywidualizowane postacie, są proste, ale bardzo dorzeczne, różnorodne i zaskakujące. Vimes na przykład nie dlatego bierze cały burdel Ankh-Morpchork w garść, bo tak trzeba, i nie dlatego jest tak sarkastyczny, bo musi rozbawić czytelnika, ale dlatego, że taki jest - glina z duszy, serca i powołania, żyjący w takim a takim środowisku, wśród takich głupków i spryciarzy a nie innych, i jeśli byłby inny to bardzo szybko wypadł by z obiegu. Przynajmniej ja tak to obieram.
Jestem pewna, że nigdy nie przeczytam wszystkich jego książek, więc wybrałam więc sobie, że przeczytam przynajmniej pozycje traktujące mniej lub bardziej o straży miejskiej Ankh-Morphork z cyklu o Świecie Dysku. Na ten wybór złożyło się kilka różnych czynników, a jednym z nich jest Samuel Vimes. Bo Samuel Vimes, ogólnie rzecz biorąc dowódca Straży, przez te wszystkie lata przez które czytuję Pratchetta cieszy się moim niegasnącym uznaniem, entuzjazmem i uwielbieniem. Nie ma za bardzo sensu wymieniać powodów dlaczego, bo za dużo by tu było rozwodzenia się. Może niektórym wystarczy jeśli powiem, że sarkazm, wredność i nieustępliwość Vimesa jest mistrzowska, iście królewska. Dlatego ucieszyłam się niepomiernie kiedy udało mi się zdobyć kolejną książkę o nim, i rozczarowało mnie, kiedy okazało się, że w tej książce Vimes przechodzi kryzys wieku. Straż nocna spośród wszystkich pozostałych książek Pratchetta jakie czytałam jest zdecydowanie najmniej udana, przynajmniej jak na miarę tego autora. Zaczęłam ją czytać z nadzieją ponownego spotkania cudownego Vimesa i uśmiania się z jego cierpkiego reagowania na świat, a kiedy ten zamiast trzymać wszystkich wokoło twardą ręką, zaczął dostawać po pysku, przepraszać za nieuprzejmości i snuć filozoficzne rozważania było mi zwyczajnie przykro i szkoda. Ludzie, przyznać się, kto mi zabrał mojego Vimesa? W niektórych momentach wracał, brał sprawy w swoje ręce i znowu było cudownie, złośliwie i bez cackania się. Ale w tej książce Vimes jednak głównie leży i kwiczy, albo dziwaczeje i dziczeje. Idę poszukać go w jakichś innych książkach. Tu zupełnie nie znalazłam tego co powinno się było znaleźć.
Abi
NARZECZONY MIMO WOLI

Wstyd się przyznać, ale tak - z własnej i nieprzymuszonej woli obejrzałam komedię romantyczną. To plama na moim honorze, ale wypierze się. Tak się jednak złożyło, że akurat tak jakoś wyjątkowo byłam ciekawa jaki jest i akurat nawinął się pod rękę. A oto jaki właśnie jest.

Cała bajka polega na tym, że mamy wyjątkowo wredną wiedźmę Margaret Tate o aparycji słodkiej, zgrabniutkiej i uroczej Sandry Bullock, która jest na swoje nieszczęście Kanadyjką z wizą która jej właśnie wygasła, a bardzo nie chce tracić swojej posady redaktora w amerykańskim wydawnictwie książek. Ma ona swojego mniej lub bardziej wiernego księcia Andrew (słodkie małe oczka Ryana Reynoldsa), oficjalnie nazywanego asystentem, który tak jak cała reszta personelu redakcji jej nie znosi, nawiasem mówiąc, nie bez powodu. Intryga zostaje zawiązana w momencie, kiedy Margaret staje przez niezwykle wprost realną wizją deportacji i w godny podziwu sposób postanawia wydać się za nienawidzącego ją podwładnego. Aruś, wyszłabyś za mąż w zamian za obietnicę wydania swojej książki w 20 tys. egzemplarzy, uniknięcie stracenia roboty, awans i obietnicę szybkiego rozwodu? Hyh, ja tak. Andrew też. „A co, czekasz na kogoś specjalnego?" I akcja się toczy. Nienawidzę oglądać filmów których zakończenie znam od kiedy tylko usłyszę tytuł. Miałam przynajmniej cichą nadzieję, że pokażą ślub, a kiedy tego, łajzy jedne, nie zrobili to pozostało mi tylko wstać łkając i zawodząc „gdzie jest mój ślub? Mamo, chcę ślub!". Tak, tak, wprost uwielbiam śluby (a przynajmniej dopóki żaden z nich nie jest mój).

Niestety nie mam porównania w kwestii komedii romantycznych, bo nie znam tych filmów, ale wydaje mi się, że mogłabym posunąć się do stwierdzenia, że ta była całkiem niezła jak na komedię romantyczną. A z pewnością mogę powiedzieć, że była tysiąc razy lepsza od tych wszystkich polskich romansideł jakie miałam nieszczęście kiedyś obejrzeć. Nie żebym tu jakoś promowała kulturę amerykańską, ale wiecie no... Generalnie z kina wyszłam szalenie zadowolona. Recepta na taki stan rzeczy? Oglądać ten film późnym wieczorem, po dniu pełnym czarnych myśli i nerwów, kiedy nawet zakup ślicznej i potwornie drogiej sukienki tylko dodatkowo cię dołuje (dla facetów zaznaczam, że coś takiego świadczy zazwyczaj o krańcowym wyczerpaniu emocjonalnym bądź myślowym) i nie oczekiwać niczego wielkiego czy ambitnego. Sukces mniej lub bardziej gwarantowany (UWAGA, recepta nieautoryzowana, firma nie zwraca pieniędzy).

Przechodząc do tematu natury filmu. Zaskoczyło mnie, ale to naprawdę jest KOMEDIA, na szczęście romantyczna tylko na samej końcówce, bez żadnych lukrowanych koronek, cukierków i tym podobnych fascynujący atrakcji w trakcie, jakie zwykło się dorzucać do tego rodzajów filmu. Nie ma tu jakiegoś wyszukanego, intelektualnego żartu. Zwyczajny, stary, dobry sarkazm i parę przesłodkich potknięć bohaterów, ogólnie rzecz biorąc nieźle poprawiających humor. Nie obeszło się bez drobnej sztuczności, naciągnięć i nadmiernej wrażliwości. Ale jestem gotowa spisać je na błędy przy pracy i przymknąć nie oko. Reynolds zagrał naturalnie i nawet udało mu się wykreować tego „cudownego faceta" o jakiego się go w filmie posądza. Aż zdziwiona byłam. Ale zachodzę w głowę czy przypadkiem zwyczajnie nie udobruchał mnie, krytycznie nastawionego widza, tymi cudownymi sarkastycznymi wrzutami jakie serwował swojej zaiste ukochanej. Bo ja od kilku dni kocham sarkazm ze zdwojoną siłą. A czemu tak, wyjaśnię w którejś z najbliższych recenzji książek.

Hyh, się rozpisałam, choć to tylko sam początek. Można by się tu jeszcze długo rozwodzić nad tym jaki to też rozmiar może nosić Sandra Bullock, czy orzeł może porwać psa, czy zakończenie było kiczowate znośnie, czy było naprawdę beznadziejne i kto jest za tym, że Margaret powinna była na mecie zachować się tak jak się zachowała czy raczej powinna pozostać twardą feministką do końca. Trudno, przejdźmy do podsumowania: polecam dla umysłów rządnych błahej rozrywki po dniu pełnym stresu przed egzaminem i prób do niego nauki. Dziękuję za lekturę, do następnego zobaczenia! I „tylko nie dziecioroba!".
Abi
Na początek, moi drodzy, pragnę się podzielić z wami brutalną prawdą życia - to nie prawda, że pracując w księgarni ma się strasznie dużo czasu na czytanie. Witaj, złośliwy losie!
Ale! Fakt ten wcale nie czyni tej pracy gorszą. Najwspanialszy zawód na świecie ;) Zaraz po pisarstwie. Czasami wydaje mi się, że trafiłam do raju
.
No ale dość o mnie, porozmawiajmy o książkach!
Haruki Murakami
Na południe od granicy, na zachód od słońca
[1992]

Historia banalna, lecz nie banalnie przedstawiona. Z resztą Murakami chyba nic nie przedstawia banalnie.
O czym jest książka? O tym samym, co setki innych książek i filmów.
Mąż, ojciec dwóch dziewczynek i właściciel baru jazzowego, po trzydziestce, któremu w życiu nic nie brakuje i wszystko się układa jak w marzeniach, spotyka dziewczynę, w której był zakochany w wieku dwunastu lat. A serce, jak się okazuje po raz setny, nie sługa.
W moim krótkim życiu przeczytałam już trzy książki Murakami i ta jest najgorsza, ale nie jest zła. Ma jedną wadę, która raziła mnie osobiście, lecz innym może się wydać nieistotna lub wręcz atrakcyjna. Otóż chodzi o to, że Haruki pisząc tę książkę chyba przeżywał kryzys czterdziestolatka, ponieważ tyle tam scen miłosnych, że głowa mała. Gdyby je wyciąć, dla mnie byłoby to arcydzieło.
Poza tym książka mi się podobała i skłoniła do wielu przemyśleń. Pokazała sytuację, gdy mężczyzna zdradza dobrą, kochającą i wręcz doskonałą żonę, od strony męża. Murakami nie obwinia nikogo, żadnego z bohaterów nie opisuje negatywnie, po prostu opowiada o wszystkim, o całej sytuacji, która ma miejsce w sercu i umyśle mężczyzny.
Jako że jestem kobietą, ciężko mi było pozytywnie się odnieść do parszywego mężusia. Jednak po pewnym czasie zobaczyłam w nim nie tylko łajdaka, który nie dostrzega, jaki skarb ma w domu. Lecz także zobaczyłam człowieka, który ma odwagę dla swojego szczęścia poświecić bardzo wiele - rodzinę i dzieci przeze wszystkim. Jednak czy takiego kogoś nie można nazwać egoistą? I tak właściwie, co można zyskać, gdy poświęca się to, co najcenniejsze. Nic ponadto, według mnie, gdyż to, co najcenniejsze, zostało już poświęcone.
I jeden z najwspanialszym plusów Murakami - niedopowiedzenia. Na wiele pytań nie zostały udzielone odpowiedzi, wiele wątków się pourywało, tak jakby opowieść miała być o wiele dłuższa, a jednak wydawca gonił z terminami i pisarz oddał to, co ma. Mimo to, nie czuje się niedosytu. Miałam po prostu uczucie, że o niedopowiedzianych rzeczach lepiej nie mówić, lepiej je przemilczeć i pozostawić własnemu torowi. Ostatni akapit mnie w tym przekonaniu utwierdził. Spokojny i pachnący harmonią.
Jak zwykle Murakami wybronił się w moich oczach ;)
Aria
Z początku chciałabym bardzo podziękować tym, co trzymali kciuki za mnie i życzyli powodzenia. Oświadczam wszem i wobec, że licencjat został obroniony, a świat wcale się nie zmienił wraz ze zdobyciem wyższego wykształcenia - oto drastyczna prawda życia ;)
A dziś przekróciutka recenzja. Wciąż mam przeciążenie materiału mózgowego, więc na długi tekst trzeba trochę poczekać ^^
Kaze No Stigma
(Pieczęć Wiatru)
[2007]
![]()
Kannagi to nazwisko rodziny z wieloletnią tradycją. Każdy jej członek bowiem posiada umiejętność władania siłą ognia, dzięki czemu udziela pomocy innym ludziom. Jednak w każdym stadzie trafia się czarna owca, tak samo i w rodzinie Kannagi urodził się chłopczyk, który nie posiadał mocy, za co został wygnany, a jego własny ojciec wyrzekł się go...
Na samym początku uderzyło mnie to, z jaką łatwością rodzice wyrzekają się swoich dzieci przez jakiś tam splamiony honor. Wystarczy jeden krok w bok, a można być narażonym, że zostanie się sierotą przy żyjących biologicznych rodzicach. Owszem, w tym kraju podobno honor ponad wszystko. Ale i ponad własne dzieci?
Ogólnie anime bardzo przyjemne. Nutka fantasy, masa śmiechu i sceny, przy których łza kręci się w oku. W sam raz na wakacje dla odprężenia mózgu i na poprawę humoru. Tarzałam się momentami po podłodze ze śmiechu, daję słowo!
Piękna kreska. Bardzo lubię takie kolorowe anime, chociaż czerwone włosy głównej bohaterki pod koniec zaczęły mnie powoli razić. A właśnie! Piękna scena z włosami w ostatnim odcinku. Mistrzowska wręcz! Delikatna, metaforyczna i poruszająca... Właśnie tak powinno się przedstawiać, to, co przedstawiono za pomocą tej ceny. Szczegółów dowiecie się przy oglądaniu ;)
I jeszcze jedna kwestia mnie zastanawia. Czy w Japonii istnieje taki termin jak kazirodztwo? I związki między jakim stopniem pokrewieństwa są dozwolone?
Ach, jeszcze dodam, że najlepsze, co było w tym anime, to wielki mistrz i ojciec w jednej osobie, bawiący się w swatkę! ^^
Jednym słowem polecam ;)
Kaze No Stigma można oglądać online tu albo tu.

P.S. Chodzą słuchy, że drugi sezon ma wyjść latem 2009 czyli już, już, już! ;)
P.S. nr2 Abi! Tam pojawiają się wróżki! ^^ Kawaii!
Aria
William P. Young
Chata

„Zdarza się, że postanawiamy uwierzyć w coś, co normalnie uznalibyśmy za całkowicie irracjonalne. To nie oznacza, że naprawdę jest irracjonalne, tylko że z pewnością nie jest racjonalne."**
Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend.***
Szczerze powiedziawszy, zwykle podchodzę z ogromnym dystansem do książek o tematyce religijnej. Ogromny patos i wypchane trocinami wielkie słowa zabijają szczerość i prawdziwe świadectwo. Dlatego też rzadko czytam takie pozycje.
Jednak Chata przykuła moją uwagę od razu. Zawdzięcza to swojej nazwie i okładce. Kiedy przeczytałam opis książki, nie zostałam zniechęcona tematyką, wręcz przeciwnie. Weekend z Bogiem? Absurdalnie śmiały pomysł, pomyślałam sobie i odłożyłam książkę na miejsce. I zapewne minęłoby sporo czasu, zanim bym po nią sięgnęła, gdyby mama nie zrobiła mi prezentu i nie kupiła książki, o której jej wspomniałam.
Przeczytałam.
Z początku omal nie spadłam z krzesła, gdy już na samym początku przeczytałam coś takiego:
„Wyrósł mu porządny guz niczym garbaty wieloryb wyskakujący ponad wzburzone fale jego rzednących włosów."****
Tarzałam się po podłodze ze śmiechu chyba pół godziny. No ale każdemu się zdarza skoczyć, by znaleźć się na szczycie, i walnąć swoimi chęciami o sufit swoich możliwości. Szczerze mówiąc, ta książka nie potrzebowała metafor. Wystarczyło to, co w niej zostało zawarte. Z fabuły zdradzę wam tylko, że owszem, w chacie Mackenzie rzeczywiście spotkał Boga i spędził z nim cały weekend. Lecz jakże ten Bóg był przedstawiony i co mówił!
Opisu tego weekendu nie da się jednak przekazać, należy po prostu przeczytać. Nie natknęłam się na żadne herezje, ale może to tylko z powodu mojej ubogiej wiedzy religijnej. Jednak sposób, w jaki ujęte jest to, o czym opowiada Chata, jest świetny. Nie nuży, nie ma patosu, nie ma wielkich słów. Wszystko jest takie ludzkie i proste. I wspaniałe.
Podobno jest to historia prawdziwa. Czy w nią wierzę? Odpowiem cytatem z Posłowia:
„Czy uważam, że to wszystko prawda? Chciałbym, żeby tak było. A jeśli nawet nie jest prawdą w potocznym sensie, jest nią mimo wszystko..." *****
Tak, czy inaczej, polecam tę książkę. Czytałam różne recenzje na jej temat, jedne pozytywne, inne nie. Między innymi dlatego też chciałam przeczytać Chatę, by mieć o niej własne zdanie. I moja opinia jest jak najbardziej pozytywna.
„Większość ptaków została stworzona do latania. Chodzenie po ziemi jest dla nich ograniczeniem możliwości latania, a nie na odwrót. (...) Ty natomiast zostałeś stworzony do tego, żeby być kochanym, a więc to nie miłość ciebie ogranicza, tylko jej brak." ******

________________________________
Cytaty pochodzą z:
* W.P. Young "Chata", Warszawa 2009, str. 112
** str. 74
*** empik
**** "Chata", str. 20
***** str. 276
****** str. 107
Z pozdrowieniami,
Aria :)
P.S. Miłego weekendu ;)
Dzień dobry! Aria wita was w ten pochmurny, deszczowy i przecudowny dzień ^^ Tak, tak, przecudowny. Czemu? Aaaa nie powiem :P
Jedna część A&A zakończyła sesję i zaczyna dzielnie wspierać drugą jej część. Sesja to zło!
W liceum nawet nie przypuszczałam, że będę w stanie przyswoić tyle materiału w tak krótkim czasie. Cudy nad cudami. (Abi, wiesz, że pod czas sesji niemożliwe staje się możliwym?). Największą zaletą sesji jest szczęście jakie się odczuwa po zdaniu każdego egzaminu. Świat jest wtedy przewspaniały, my - przekonani o własnej inteligencji (albo sprycie, jeżeli ściągaliśmy) i wszystko jest takie cudowne i kochane. Za takie chwile można się pomęczyć i pozdawać egzaminy ^^
Została tylko obrona i przy zakładaniu maila będę mogła zaznaczyć "wykształcenie wyższe" :P
Ale nie o tym ja tu miałam pisać ^^ Przegapiliście/liśmy w zeszłym tygodniu Niegryzącą poezję, co? :P
Wodospadami kurtyny się spienić -
Płomieniem - szumem iglastego pnia.
Kurtyna nie ma przed sceną tajemnic:
(Scena - ty, kurtyna - ja).
Chaszczami snów (pod sali plafon
Rozlał się oszołomień czad)
Skrywam bohatera w walce z Fatum,
Miejsce akcji - i - czas.
Tęczami kaskad, lawiną
Lauru (więc ufasz! więc wiesz!)
Zakrywam cię przed salą (i zaklinam
Czarami salę - też!)
Tajemnica kurtyny! Przyśnionym
Lasem nasion, nasennych ziół...
(Za już drgającą zasłoną
Bieg tragedii - jak - burzy szturm!)
W szloch, loże! Galerio, szalej!
Bądź, bohaterze! Czasie, śpiesz!
Kurtyna faluje - jak - żagiel,
Kurtyna faluje - jak - pierś.
Ostatkiem serca zagradzam - nie wedrą
Się do wnętrza. - Oklasków zryw!
Nad już użądloną w pierś Fedrą
Kurtyna się wzbiła - jak - gryf.
Szarp, widownio! Patrz! Potok okropny?
Szykuj kadź czym prędzej! Ranę rwij!
Oddam, świetną, do ostatniej kropli!
(Widz zbielał, kurtyna we krwi).
Wtedy - opaść jak współczucia całun,
Sztandaru szumem - do dna.
Nie ma tajemnic kurtyna - przed salą.
(Sala - życie, kurtyna - ja).
Obitajemyj ostrov: Shvatka
(Przenicowany świat: Starcie)
[2009]

Musisz zrobić dobro ze zła, ponieważ nie ma niczego innego, z czego go można zrobić...
Losie... Obejrzałam z zapartym tchem. Część druga jest stanowczo lepsza od pierwszej. To najwspanialsza wizja antyutopii jaką widziałam!
Genialne!
A jak trafnie ukazana mentalność rosyjska. Despotyzm i ja-wiem-lepiej jest tak trafne, że aż ma się czasem wyrzuty sumienia z powodu swej narodowości. Aż muszę książkę przeczytać.
No ale po kolei:
Muzyka - nie zrobiła wrażenia. Zgubiła się wśród kolorów. Nie lubię kiedy muzyka w filmie się gubi. Minus.
Aktorzy - filmowy Maksim już nie był aż taki denerwujący. Albo się przyzwyczaiłam, albo rozczochrali mu włosy, pobrudzili twarz i wyglądał bardziej jak rosyjski Ivan Carewicz niż jak chłopak z Hawajów. Reszta aktorów prawie dała ciała. Moi mistrzowie dostali marne rólki i chyba napiszę do reżysera skargę. Ale dobrze zagrał Strannik. O tak, on mi się spodobał. Taki mały despota. Takich lubię :P Nie wiem jak go nazwą w polskiej wersji. Wędrowiec? Pielgrzym? W każdym bądź razie to ten, którego się wszyscy boją i który jest na końcu :P No i na plakacie. Plus.
Waki - kolejny film (zaraz po Matrixie), który będę wielbić za sceny walki. A szczególnie za walkę końcową. Jak skończę pisać recenzję, to sobie to jeszcze raz obejrzę ;] Trzy plusy xD

Ogólnie polecam. Druga część cudowna, ale żeby obejrzeć drugą, trzeba przebrnąć przez pierwszą. No ale wierzę w was. Ach, jeszcze coś... Z tego, co wiedzę, do drugiej części nie ma polskich napisów, ale podobno się tłumaczą, więc można się spodziewać w najbliższym czasie. Ściągnąć film można tu - klik

Aria
Dzień dobry świecie! O jakżeś piękny jest! Tak, tak, wróciłam. Ale nie oznacza to, że sesje mam za sobą. Teraz pozostało mi czekanie na wyniki i ewentualne poprawki czy ustne egzaminy. Najgorsze mam za sobą... W ciągu ostatnich dwóch tygodni miałam 8 egzaminów, a o ilości zaliczeń już nie wspomnę ^^ W każdym bądź razie powracam z krainy kawy, czekolady i braku snu. Życie jest piękne! I z tej okazji przegląd nowości :)
PRZEGLĄD NOWOŚCI MAJ/CZERWIEC
CHATA - William Young

Największy fenomen wydawniczy 2008 roku już w Polsce!!! Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Czytając "Chatę", uświadomiłem sobie, że pytania, które pojawiają się w tej zniewalającej powieści, są tymi samymi, które nosiłem głęboko w sobie. Piękno tej książki nie polega na tym, że udziela ona łatwych odpowiedzi, ale że zaprasza czytelnika, żeby zbliżył się do łaski i miłości Boga, w którym znajdujemy nadzieję i uzdrowienie.
Chata króluje w pierwszej dziesiątce empiku, no i leży tutaj obok mnie i wreszcie mam dla niej czas.
Zwróciłam na nią w księgarni uwagę od razu i zaczęłam po cichu o niej marzyć. Jak tylko przeczytam, złożę wam tu o niej zeznanie.
MIASTO POZA CZASEM - Enrique Moriel

Tajemniczy narrator - nieśmiertelny człowiek-wampir o wiecznie młodej twarzy - prowadzi nas przez stulecia, snując opowieść o swym niezwykłym życiu w zmieniającym się, fascynującym mieście. Na jego trop przypadkowo wpadają adwokat Solana i jego asystentka Marta Vives, zajmujący się dziwną śmiercią pewnego multimilionera... Wartka akcja, misterna intryga na tle pasjonujących dziejów Barcelony, a zarazem uniwersalny, całkiem poważny traktat o walce Dobra ze Złem.
O losie! Pragnę tej książki! Pachnie Zafonem. Tak bardzo nim pachnie... A kiedy się dowiedziałam, że Moriel nie jest prawdziwym nazwiskiem pisarza i nie wiadomo, kto się pod tym pseudonimem ukrywa... Losie!
LABIRYNT ODBIĆ - Sergiej Łukijanienko

Głębia - świat wirtualny, alternatywna rzeczywistość, wykreowana w pamięci globalnej sieci. Można w niej pracować, bawić się, uprawiać seks, pić i grać. Ale wychodzi się dopiero wtedy, gdy timer wyrzuci użytkownika. Tylko nurkowie, głębinowa elita, potrafią wynurzać się samodzielnie. Jeden z nich musi odkryć, kim jest postać, która nagle pojawia się w Głębi. Nie ma odpowiednika w świecie rzeczywistym. I nie została stworzona przez Sieć...
Taki matrix... :P
To pierwsza część trylogii. W Rosji ukazały się już dwie następne. Ach, Lukjanienko to ja bym z chęcią poczytała... Ale w oryginale. A na oryginał trzeba poczekać, aż się za granicę wybierze.
Wybaczcie, że tak mało książek, ale nic więcej mi jakość nie trafiło w gust. Miłego dnia :)
[opisy książki tradycyjnie pochodzą z księgarń internetowych]
Obitajemyj ostrov
(Przenicowany świat)
[2008]

Rok 2157, rozkwit ludzkości. Ludzie, uzbrojeni w Wielką teorię wychowania, zapomnieli o wojnach, głodzie i terroryzmie. Odrodziła się przyroda. Przełom w medycynie uchronił ludzi od chorób pozwolił wykorzystywać ukryte zasoby ich organizmu. Mieszkańcy Ziemi kolonizują odległe planety. Wyrosły nowe pokolenia, dla których otwarty zwiad w odległym kosmosie, jest chlebem powszednim.
Oglądając ten film, czułam zapach Gwiezdnych wojen. Podobne klimaty, ale Gwiezdne wojny i tak lepsze :P
Z początku odrzucił mnie wygląd głównego bohatera. Na kilometr odrzucił. Blondyn, niebieskie oczka, opalony, silny, mądry, sprytny, brakuje mu tylko lukru, który będzie po nim spływać. Aż mdli. No ale potem jakoś się przyzwyczaiłam. Patrzyłam tylko jednym okiem, albo w ogóle starałam się na niego uwagi nie zwracać.
![]()
Natomiast radzę zwrócić uwagę na dwóch innych aktorów. Yuri Kutsenko - czyli filmowy Wepr (po raz kolejny przepraszam za ewentualny błąd w imionach, oglądałam po rosyjsku, więc...). Może w filmie nie odegrał wielkiej roli, ale sposób w jaki to zrobił jest jednak świetny. Widziałam Kutsenko w wielu filmach i w Zamieszkałej wyspie też pokazał klasę.

Sergei Garmash - Zef. Ach, mój mistrzu! Tego aktora kocham, szanuję i podziwiam. Tak jak gra on, nie gra nikt. On potrafi zmusić człowieka do płaczu samą mimiką twarzy. W tym filmie też niestety nie dostał zbyt wielkiej roli, no ale trzeba cieszyć się tym, co się ma.

Ogólnie cóż... Na kolana mnie film nie rzucił. Ot zwykła historia o świecie opętanym zagładą i o przybyszu skądś tam, który może to zmienić. Historia jakich wiele. Ale mimo to przyjemnie się oglądało.
Jeżeli ktoś się skusi, to zwróćcie uwagę na motyw wież w tym filmie. A gdyby takie coś było u nas, na ziemi? Hm? Strach się bać, co? ^^
Na kolana nie rzucił, ale też nie odrzucił. Spędziłam przy tym filmie przyjemne dwie godziny i z przyjemnością teraz piszę wam jego recenzję. Obejrzeć warto choćby ze względu, że jest to film produkcji rosyjskiej, a jakość ma hollywoodzką. Chociaż zbyt jaskrawy jak dla mnie, ale ta jaskrawość to sprawka tego blondyna. Fu! Po tym filmie definitywnie nie lubię blondynów!
Także przymknijcie oko na filmowego Maksima i oglądajcie na zdrowie. A ściągnąć z polskimi napisami film można tu -> klik
- Maksim, gdzie jesteś? Maksim!
- Cześć, babciu.
- Mam pytanie. Rozmyśliłeś się skończyć studia? Cztery lata nauki, kotu pod ogon.
- Dlaczego miałem się rozmyślić? Wrócę za kilka dni.
- Ile razy to mówiłeś? Uważam, że się zapominasz. Masz 20 lat, czy 12?
- W wieku 12 lat, ludzie nie zajmują się otwartym zwiadem.
- W wieku 20 lat, już się tym nie zajmują. To nie jest zajęcie dla poważnego człowieka. Niedługo sesja, zawalisz wszystko.
xD
Aria
Drzewo, które umiało dawać
Natchnęło mnie do napisania dziś o ukochanej książce, właściwie książeczce, mojego dzieciństwa. Przepiękna opowieść, która za każdym razem gdy ją czytałam wyciskała mi łzy z oczu (a czytałam ją bardzo często, nawet po kilka razy pod rząd). Zazwyczaj nie lubiłam takich poważnych, głębokich i melancholijnych opowieści, ale ta była moim ulubionym wyjątkiem. Dawno już o niej zapominałam, ale kilka dni temu przez przypadek natknęłam się na nią na półce z książkami najlepszej przyjaciółki mojego dzieciństwa (znowu to dzieciństwo -.- zbierzność mojego dzieciństwa z wczorajszym Dniem Dziecka jest przypadkowa!). Dawno temu dostałyśmy obie te książki w podobnym czasie i odstawiłyśmy zabawę w kolorowanie ich; dostało mi się od Władzy Wyższej, bo oczywiscie wszystko było moim pomysłem (xD). Daję Wam linka do skanu książki - obejrzyjcie sobie sami, nie ma sensu komentować czegoś tak ślicznego, najlepiej samo mówi za siebie. Jedyne co mogę powiedzieć to, że drzewo i jego postawa są dla mnie ideałem miłości.
>>>>>>>> http://www.pp.org.pl/wojtek/forum/drzewo/
Pozwolę sobie jeszcze wysunąć skromny postulat - jeśli będziecie kiedykolwiek mieć dzieci, podarujcie im tę książkę.
I drzewo było szczęśliwe.
Abi
William Butler Yeats
Róża Pokoju
Zapomniałby Michał Archanioł,
Gdy potyka się Piekło z Niebem,
Że miecze dokoła szczękają,
Gdyby z Niebios spojrzał na ciebie.
Już nie myśląc o wojnach Bożych
Opuściłby Niebios zagrodę,
By z gwiazd utkać i włożyć
Diadem na twoją głowę.
A ludzkość widząc, jak się schyla,
Jak lśnisz gwiazdami rozświetlona,
Do Boga wreszcie by wróciła
Przez ścieżki proste prowadzona.
Bóg widząc dobro rzeczy wszystkich
Walk by nakazał zaprzestanie,
Różowy pokój by się ziścił,
Nieba i Piekła pojednanie.
Oryginalny tekst:
The Rose of Peace
If Michael, leader of God's host
When Heaven and Hell are met,
Looked down on you from Heaven's door-post
He would his deeds forget.
Brooding no more upon God's wars
In his divine homestead,
He would go weave out of the stars
A chaplet for your head.
And all folk seeing him bow down,
And white stars tell your praise,
Would come at last to God's great town,
Led on by gentle ways;
And God would bid His warfare cease,
Saying all things were well;
And softly make a rosy peace,
A peace of Heaven with Hell.
Nie będę komentować tego wiersza, gdyż najzwyczajniej brakuje mi słów...
Aria
"Następnego dnia na początku lekcji angielskiego Keating napisał na tablicy wielkimi literami słowo: COLLEGE. Podkreślił je grubą linią.
- Moi panowie - powiedział - omówimy dziś pewną bardzo ważną dla każdego przyszłego studenta umiejętność, której opanowanie jest niezbędne, jeśli nie chce się zmarnować kilku lat studiowania w college'u. Otóż chodzi o umiejętność analizowania nie przeczytanych lektur.
Chłopcy wybuchnęli gromkim śmiechem.
- College w bardzo krótkim czasie zniszczy wasze zamiłowanie do poezji - mówił dalej Keating. - Dokonają tego długie godziny drobiazgowych analiz i nie kończących się interpretacji. Wiersz będzie dla was istniał tylko jako rymy, zgłoski i metafory... W college'u poznacie na pewno dzieła najwyższego lotu, których piękno powinniście umieć smakować. Niekiedy jednak skazani będziecie na godne pożałowania brednie, których należy unikać jak dżumy.
Keating spacerował powoli przed klasą.
- Załóżmy, że zdecydujecie się na wykłady z powieści współczesnej. W ciągu całego semestru czytacie wyborną literaturę, wzruszającego „Ojca Goriot" Balzaka, „Ojców i dzieci" Turgieniewa i wiele innych arcydzieł. Kiedy jednak przychodzi okres zaliczeń, okazuje się nagle, że jedynym tematem na egzaminie będzie problem miłości rodzicielskiej, który w swej powieści pod tytułem „Wątpliwy debiut" podjął nie kto inny jak sam... wasz pan profesor.
Keating zerknął spod powiek na chłopców i mówił dalej.
- Po przeczytaniu pierwszych trzech stron książki uświadamiacie sobie, że wolelibyście być wysłani na front niż trwonić drogocenny czas na zajmowanie umysłu takimi śmieciami. Ale któż śmiałby głośno narzekać? Czy warto przez taką błahostkę oblać egzamin? Oczywiście, że nie. Przecież przez cały semestr pilnie pracowaliście i powieść współczesną znacie bardzo dobrze. Co robić?
Chłopcy wsłuchiwali się zachłannie w słowa nauczyciela.
- Sposób na nie przeczytane lektury jest bardzo prosty. Bierzecie do ręki ów „Wątpliwy debiut" i z kilku zdań streszczenia na obwolucie dowiadujecie się, że pewien jegomość imieniem Frank, który żyje z handlu snopowiązałkami, poświęca wszystko, by umożliwić przyzwoity start swojej córce o dźwięcznym imieniu Christine, która zresztą jest złakniona sukcesu i leniwa. Na egzaminie swoją odpowiedź rozpoczynamy od przekonania profesora, iż nie będziemy przytaczać szczegółów intrygi, by od razu przejść do głębszej interpretacji znakomitego dzieła. Jednocześnie chytrze przemycamy wszystkie nasze wiadomości z obwoluty, chcąc utwierdzić go, iż rzetelnie przeczytaliśmy całą lekturę.
W następnej części warto zaskoczyć profesora ambitną analizą porównawczą, wobec której trudno zająć obojętne stanowisko. Na przykład mówimy coś w tym rodzaju: „Konieczne jest odnotowanie pouczającego podobieństwa między śmiało przez autora skreślonym portretem kochającego rodzica a niektórymi elementami teorii Zygmunta Freuda. Nasz powieściowy Frank, ojciec Christine, to upadły Edyp, natomiast Christine to Elektra..."
Wreszcie nadchodzi czas efektownej konkluzji, i tu radziłbym odwołać się do bardzo niejasnych i nie sprecyzowanych źródeł... Na przykład coś w tym rodzaju - Keating zamilkł na krótką chwilę i zaczął czytać z notatnika: - „Rzeczą godną największej uwagi jest trudno uchwytna, tajemnicza nić, jaka łączy powieść z naukami hinduskiego filozofa i proroka Avesha Rahesha Nona. Sięgając do mitycznego wyobrażenia trójgłowego smoka, Rahesh Non drobiazgowo analizuje przyczyny, dla których dzieci porzucają swoich rodziców. Według proroka trzy smocze głowy to ambicja, pieniądze i sukces." I tak dalej, i tak dalej, możecie swobodnie rozwijać filozofię Rahesha Nona, począwszy od tego, czym straszne głowy się odżywiają, a skończywszy na tym, jak je ściąć, by już więcej nie odrastały. Na sam koniec swojej wypowiedzi należy, niezbyt nachalnie, ale z udaną szczerością, pochwalić profesora za olśniewający talent literacki i godną zazdrości odwagę, którą okazał publikując „Wątpliwy debiut".
Meeks podniósł rękę.
- Kapitanie... a co zrobić, jeśli nic się nie wie na temat kogoś takiego, jak Avesh Rahesh Non?
- Avesh Rahesh Non nigdy nie istniał, Meeks. Chodzi o to, aby sobie kogoś takiego wymyślić. Żaden ceniący się profesor nie przyzna się, że jest mu obce nazwisko hinduskiego filozofa, tym bardziej, gdy pada ono z ust zwykłego studenta. Najprawdopodobniej wasza odpowiedź zostanie skomentowana podobnie, jak zrobił to mój profesor.
Keating wziął do ręki kartkę papieru, która była wsunięta pomiędzy strony notatnika.
- „Pańskie odwołanie się do dzieł Avesha Rahesha Nona - zaczął czytać donośnym głosem - było dowodem bardzo wnikliwej analizy. W jasny i poprawny sposób umiał pan odczytać jego idee. To miło usłyszeć, że oprócz mnie jest jeszcze ktoś, kto ceni sobie tego wielkiego, choć nieco już zapomnianego mędrca Dalekiego Wschodu. Celująco.""
Sprawdzone w praktyce :P Działa!
P.S. Uczcie się i pamiętajcie, najważniejsze jest zdrowie psychiczne, sen i jedzenie, dopiero potem nauka. Gdy nie ma zdrowia, nie ma nic.
Aria
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 25357
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

"Bo A&A jest utkane z optymizmu i kolorów barwnej rzeczywistości!"
Zapraszamy serdecznie do korespondencji z nami:
abi.aria@wp.pl
gg Abi - 8016528
gg Arii - 3274919